sobota, 14 marca 2015

#574

Dziś nic nie idzie po mojej myśli, a jest dopiero 15:00.
Może to jakiś spóźniony piątek trzynastego? Może w jakiejś strefie czasowej jeszcze trwa i mnie prześladuje?

Byłam zmęczona. Spałam, spałam i spałam, a jak już nie spałam, to leżałam sobie z zamkniętymi oczami zmieniając pozycję. Prowadziłam leniwe, bezsensowne konwersacje, ale niby w półśnie.
Nie mogłam znaleźć mojej filiżanki, żeby czarna kawa postawiła mnie w miarę na nogi. Filiżanka to ważny element mojego poranka, a co za tym idzie mojego dnia. Lubię otaczać się ładnymi przedmiotami, wkurwiają mnie brzydkie kubki produkowane hurtem z okazji jakiegoś wydarzenia. Ładna filiżanka definiuje mój dzień, dlatego nawet gdy za późno wstaję, bo mój zegarek źle chodzi, o czym się nie zorientowałam, i nie mam czasu zjeść śniadania, muszę wypić cokolwiek z ładnej filiżanki. Niech to będzie woda lub sok pomarańczowy. Niektórzy lubią pewnie biżuterię, perfumy, pachnący peeling, sól do kąpieli. Ja się zadowalam filiżanką.
Jest ciemno, zimno i pada, a myślałam, że już jest wiosna i czuję się wychujana przez cały świat.
Nieustannie marznę. Jak już w końcu się zebrałam, żeby realizować mój codzienny plan pod tytułem pisanie prac semestralnych, nie mogłam dostać się do łazienki, aby umyć zęby. Postanowiłam wyjść i nabyć nową szczoteczkę do zębów w Rossmannie. Rossmann do 14:00 w sobotę. Ja byłam 14:10. Następny sklep, który byłby czynny? Jakiś kilometr stąd. Idę.
Dotarłam do biblioteki, gdzie w zasadzie chciałam się udać, w weekendy można wejść tylko za pomocą legitymacji.
Moja legitymacjia była już w środku.
Telefon? W domu na biurku.
KURWA WASZA MAĆ.

To przypomina mi otóż, a kosztuje mnie to dużo nerwów, które niniejszym właśnie studzę, iż nie można wszystkiego przewidzieć i wszystkiego zaplanować. Nie zawsze będzie tak, że wstaniesz rano, szybko coś zjesz, przeczeszesz włosy i zaczniesz być zajebista - produktywna i inteligentna. Dzień produktywności może zacząć się też o 15:26. Można mieć zły humor. Można cierpieć na Post Menstrual Syndrome. I chuj.

poniedziałek, 2 marca 2015

#573

Głupi ten luty, zawsze mnie oszukuje. Trwa sobie i trwa, aż tu nagle pod koniec miesiąca, kiedy jestem przekonana, że mam jeszcze troszkę czasu, jeszcze kilka dni na zrobienie przelewów i dopięcie formalności, kończy się, a po weekendzie nastaje zaraz marzec. I to jeszcze drugi. Drugiego marca.

Chciałabym poprosić o fanfary, albowiem moje życie dorosłe właśnie się zaczęło tak naprawdę, albowiem nic nie definiuje dorosłości, moim zdaniem, tak dosadnie jak to, iż zarabia się na siebie. Na siebie samego. Otrzymuję trzycyfrowy przelew na konto w walucie europejskiej i nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, iż nadawcą nie są moi rodzice. Nie to samo nazwisko. Żadne stypendium, uniwersytet ani fundacja. Firma. Miodzio.
O przeinstalowaniu myślenia świadczy też fakt, iż nie poczułam ekscytacji nagłym przypływem gotówki i poszłam wszystko rozpieprzyć na pstrokate bluzeczki i szaliczki, których przecież nie potrzebuję. Chciałam kupić sobie dżinsy, bo w końcu nie ma jak stare, dobre, zwyczajne dżinsy, które po prostu wsadzasz na dupę i się niczym nie martwić, ale uznałam, że ceny 40-50€ za parę skinny fit high waist dżins to przesada. Kupiłam sobie bilet na pociąg na wycieczkę i skarpetki w sklepie biologicznym. Pewnie mi się bardziej przydadzą niż bluzeczka z nadrukowanymi serduszkami lub kotwicami, która mi wpadła w oko.

Dzisiaj jestem dorosłą bizneswoman, pracuję na mieście, jeżdżę rowerem, wożę mój laptop ze sobą i piszę dorywczo pracę semestralną z fonetyki. Dziękuję bardzo. Przypomniało mi się, jak bardzo spodobało mi się to miasto rok temu, właśnie mniej więcej w takim stanie, jak teraz. Ach, to ty.

środa, 25 lutego 2015

#572; Wychowywanie dzieci po niemiecku

Nie mam dzieci, tym bardziej nie mam niemieckich dzieci, nie znam nawet rodziców Niemców i rodziców wychowujących dzieci w Niemczech, dlatego wszystko poniższe to czyste obserwacje.

Odbywamy z Julianem bajeczną podróż miłym pociągiem UBB. Jedziemy w kierunku Züssow. Jak dla mnie jest całkiem ładnie. Podróżuję najczęściej tym o siedemnastej, dlatego po drodze można obserwować powolny zachód słońca, ładne domki, zadbane ogródki, zalew, okazjonalnie zwierzęta i kosze plażowe poupychane na tyłach domu. Jest czym nacieszyć oko, pociąg zatrzymuje się na każdej stacji, czas płynie powolnie. Julian ma zgoła inną perspektywę, być może dlatego, że pochodzi z większego miasta, dlatego ciśnie bekę z naszego miłego pociągu i ogarnia go frustracja, bowiem pociąg jest po to, żeby szybko jechał i jak najszybciej dowiózł jego pasażerów z miejsca A do miejsca B, nie po to by musieć zwiedzać pustynię, jaką przecież jest Mecklenburg-Vorpommern. 

Jedną z moich rozrywek jest podsłuchiwanie ludzi. W ogóle różne skomplikowane procesy myślowe zachodzą w mojej głowie, ilekroć jadę tym pociągiem. Wsiadam w Świnoujście Centrum, ktoś mnie odprowadził, walizka jak zawsze nieprzyzwoicie ciężka. Dwie minuty i jesteśmy w Niemczech. Już raz przetestowałam i wiem, że zasięg z Plusa utrzymuje się nawet do pół godziny od granicy, ale przekładam kartę. Czasami przyjdzie jakiś spóźniony, samotny sms sprzed tygodnia, jakaś oferta z promocyjną taryfą obowiązującą w całej Unii. Zaczynam jeść wszystko, co spakowałam sobie na drogę, taki nawyk, który mi pozostał z najmłodszych lat. Przyglądam się ludziom i przez tych kilka pierwszych minut uderza mnie wiele różnic. Choćby w wyglądzie. Sposobie ubierania się. Samo zachowanie się w sytuacji pod tytułem podróż pociągiem. 

Jesteśmy w Heringsdorfie i odtąd pociąg jedzie w przeciwnym kierunku. Przesiadam się, bo nie lubię jeździć tyłem. Mam resztki choroby lokomocyjnej, też pamiątka z dzieciństwa. Wsiadają dwie kobiety z łącznie czwórką dzieci. Harmider. Są tylko cztery miejsca, dlatego w pierwszej kolejności siadają dzieciaki, jednego z nich jedna z mam bierze na kolana. Druga pani mama stoi i być może dlatego bardzo dobrze słyszę wszystko, co mówi, a są to same rozkazy. Odkąd tylko pociąg ruszył, padają same polecenia. Sitzen bleiben naprzemiennie z Bleib sitzen! artykułowane w różnych częstotliwościach, od głośnego szeptu po podniesiony głos. 
Strofowanie. Dziecko ma siedzieć i się nie ruszać. Nawet się nie wiercić. Nie można pobawić się nawet z innymi dzieciakami, trzeba siedzieć. Bez ruchu. Statecznie. Nie można być małym dzieckiem, trzeba być małym dorosłym. Trzeba zachować wszelką ostrożność, bo jeszcze się ubrudzimy, przewrócimy, zrobimy sobie krzywdę, musimy uważać. Musimy dać wpasować się w ten nudny, powściągliwy szablon, nawet jeżeli mamy lat tylko dwa. To nic. Jako szanujący się pasażer pociągu regionalnego kolei niemieckiej, winno się czytać dzisiejsze wydanie Frankfurter Allgemeine i co jakiś czas spoglądać na zegarek, by kontrolować tempo pociągu i czy czasami nie mamy opóźnienia. Oczywiście, może pociąg to nie najlepsze miejsca, by uskuteczniać zabawy ruchowe, typu berek, ale zawsze można obejrzeć książkę. Z dzieckiem można, jak mi się wydaje, zawsze porozmawiać. Można się gapić przez to okno i rozmawiać o tym, co się widzi. "O, a to co? Krówka?" Czy nie mam racji?

Z drugiej strony obserwuję też ludzi, którzy rozmawiają ze swoimi dziećmi jakby wiecznie byli małymi bobasami, właśnie na zasadzie co to-krówka, a to też mnie lekko bodzi. Dzieci to też ludzie, myślę sobie. Oczywiście nie musisz z nim rozmawiać o nagrodzie Nobla z ekonomii, ale można prowadzić (a przynajmniej próbować prowadzić) całkiem normalne konwersacje. Od pewnego wieku, oczywiście. 
Tak więc obserwacje we wspomnianym pociągu regionalnym utwierdziły mnie w przekonaniu, że małe dzieci są po to, żeby siedzieć i się nie ruszać. Ewentualnie mogą jeszcze usiąść - Setz dich hin! 
A to ci heca! 

Nawet dzisiaj w to piękne, pierwsze tak naprawdę wiosenne popołudnie w Halle, mknę sobie rowerkiem i nagle zatrzymuję się na światłach. Obok mnie jakaś brzydka pani z małym dzieckiem opakowanym w kombinezon narciarski. Zmierzali dokądś żwawym krokiem i, tak jak ja, przystanęli nagle na czerwonym. Dziecko lekko się wyrywało. Nie tak zaraz-rzucę-się-pod-samochód histerycznie, tylko tak bardziej dla zabawy, żeby się podroczyć. Matka jednakowoż, zaczęła strzelać do niego krótkimi rozkazami typu "stój", "nie ruszaj się", "czekamy", "Stopp!", "Halt!" i inne rozmaite. 

Czy bycie matką oznacza wieczną frustrację, czy o co chodzi? Nie można się cieszyć? Nie można ze wszystkiego uczynić zabawy? Obejrzeć książeczki? Zabawa pod tytułem "Stanie na światłach i czekanie na zielone"?  
W tych dwóch konkretnych przypadkach nie słyszałam, żeby matka mówiła do swojego dziecka "proszę". 
Usiądź, proszę. 
Nie wierć się, proszę. 
Siedź, proszę, spokojnie. 
Same rozkazy. Wtłaczanie w formę. Upupianie. 

Przez resztę podróży towarzyszyła mi (nam) wspaniała myśl. Zazdroszczę moim dzieciom. Będą miały zajebiście. 

wtorek, 24 lutego 2015

#571

Ach, byłam na urlopie - bez mała dziesięć wspaniałych dni wyrwanych rzeczywistości - i ciągle nie mogę wrócić. Od dwóch dni się bujam z własnymi myślami i piję herbatę za herbatą.  

Jest jakaś dzienna granica spożycia herbaty roiboos? Można przedawkować? 

Powinnam zacząć pisać prace semestralne, ale praca, powrót z niej, ogarnianie domu, jedzenie i ewentualne zakupy pochłaniają mnie bez reszty tak, że potem mam ochotę tylko i wyłącznie na drzemkę. I gapienie się w sufit po przebudzeniu. Może za bardzo wczułam się w klimat chodzenia codziennie na ósmą do pracy, że chyba mi się coś pomyliło i już chyba myślę, że skończyłam studia i napawam się codziennością i dorosłością, tylko gdzie ten mąż i gdzie te dzieci? Ta sama trasa, ta sama godzina, nawet te same twarze w tramwaju. Gazeta, wąs, kawka, zaparowany okular. 

Obiecuję się zmobilizować. W kierunku naukowym. Zacznę coś działać. Przecież mam nawet spoko tematy. 

Jeśli synonimem dorosłości są długi i samodzielne opłacanie składek ubezpieczeniowych, to oto jestem wielce dorosła. Mów mi per Szanowna Pani. Gwoździem dzisiejszego dnia została moja wizyta w AOK, niemieckiej kasie chorych. Chodzi generalnie o lekarza - postanowiłam pójść do lekarza, tak o, zobaczyć, co słychać. Chciałam też się przekonać, jak właściwie działa ta moja karta EKUZ, która jest ważna, którą podtykam pod nos wszelakim urzędnikom i działa za każdym razem. Zadowala biurokratów, ale nie lekarzy. Okazało się, że można z niej skorzystać tylko w nagłych przypadkach, w razie nagłych dolegliwości. Jeżeli chcemy pójść do lekarza czysto profilaktycznie, to mamy pecha i karta EKUZ wówczas nie działa. Sama jestem właśnie na etapie dowiadywania się, co dalej, aczkolwiek trochę to frustrujące. Oczywiście już dawno odechciało mi się tego lekarza i tej profilaktyki. Mogę sobie oczywiście wykupić normalne ubezpieczenie, ale jeszcze mi tu czołg nie jedzie, ażeby w mojej obecnej sytuacji mieć ochotę bulić 80€ miesięcznie składki. Można też płacić za każdą wizytę, tak jak u nas u lekarza prywatnego i coś mi się wydaje, że tak zrobię. 

No ale cóż, kolejny mały kroczek ku samodzielności. Znowuż się czegoś dowiedziałam. 

Słucham Hole, mam uchylone okno w pokoju i czuć smażoną cebulką. Sielanka w kamienicy. 

niedziela, 8 lutego 2015

#570

Sok pomarańczowy, ciemny chleb z Nutellą i Chilli Zet.

Semestr zimowy się skończył. Oficjalnie kończy się co prawda pod koniec marca i do tego czasu muszę też stworzyć cztery prace semestralne, ale skończyło się chodzenie na zajęcia, referaty (o, przeklęte niech będą referaty!), niedosypianie, stres i targanie przyciężkiej torby.

Połknął, przeorał i wypluł mnie z powrotem ten semestr zimowy. Studiować tak naprawdę zaczęłam może w grudniu. Wcześniej uczęszczałam tylko na zajęcia, ewentualnie sprzedawałam Glühwein, dlatego styczeń był taki intensywny. Zapominałam momentami o bożym świecie, że jestem jeszcze ja, moje życie, zachcianki i moje potrzeby, np. sen. Zawsze po opadnięciu takiego stresu przypomina mi, że są rzeczy, które lubię, a o których w intensywnym czasie nie pamiętam. Lubię i zawsze lubiłam przecież The Strokes. Arctic Monkeys. Awokado na tostach. Lubię serial "Girls". I czytać Codziennik Feministyczny. Zapomniałam, że lubię nosić spódniczki i biegałam w uniformie składającym się z czarnych spodni i białego swetra. Lubię chodzić do fryzjera i nie lubię jak moje włosy tak smutno wiszą. Lubię ten cień do powiek o kolorze taupe. Lubię życie. Nie lubię wygłaszać referatu.

A dziś niedziela i świeci słońce.
Trzeba włożyć futro, umalować usta, wziąć książkę i pójść na kawę. W domu nie potrafię czytać książek za bardzo, przyzwyczaiłam się, że w domu to czytam artykuły online. Książka w domu jakoś tak się nie godzi. Jakoś mi za cicho, za smutno, za spokojnie. Wolę się trochę rozproszyć w internecie. W kawiarni, bibliotece, pociągu lub na dworcu nie jestem taka samotna, wtedy można się zaszyć w lekturze.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

#569; machen lassen

Zawsze zwlekam ze wszystkim. Jestem mistrzynią w wymyślaniu wymówek i gromadzenia powodów, dla których decyduję się czegoś nie robić lub odłożyć to na później. Nie zaprowadzę skrzypiącego roweru do naprawy, pęknięte buty nie maszerują od razu do szewca (bo przecież jeszcze można w nich chodzić), płaszcza nadającego się do czyszczenia nie zakładam, mam przecież jeszcze inne nakrycia wierzchnie. Po zeszłotygodniowym malowaniu wszelkie akcesoria wciąż czekają na wyniesienie do piwnicy. Od czasu do czasu, a jest to zdecydowanie za rzadko, nachodzi mnie jakaś dziwna energia i załatwiam wszystkie takie pierdółki za jednym zamachem. Kupić cukier, a nie wmawiać sobie, że spróbuję niesłodzonej herbaty, ponoć przez cukier herbata traci swoje walory smakowe. Kupić gwoździe i zawiesić wreszcie tą tablicę, a nie ją tylko nonszalancko opierać o ścianę. Kupić pinezki i poprzyczepiać wreszcie te obrazki i wycinki do rzeczonej tablicy.

Machen lassen. 

Pamiętam małą sprzeczkę z Panem w zeszłym roku, którą on skwitował właśnie słowami "Machen lassen". Pełen współczucia dla mojego nadpsutego roweru był uprzejmy pożyczyć mi swój, ale jakoś się źle zrozumieliśmy i myślałam, że mogę go przez jakiś tydzień zatrzymać, po czym okazało się, że on go zaraz potrzebuje z powrotem, bo myślał, że ja zaprowadzę mój rower na drugi dzień do naprawy, lecz w moim mniemaniu zepsuty rower to nie przeszkoda, o ile mam inny środek lokomocji, tak więc wyszło nieporozumienie na gruncie mojego zwlekania i pan odparł "Machen lassen, nicht warten". 

Dzisiaj jestem aktywna. Wysłałam wreszcie list, który leżał jakieś dwa tygodnie zaadresowany w kopercie. Skończyły mi się już wymówki typu "nie mam po drodze", "wsiadłam w inny tramwaj i jadę naokoło", "nie mam akurat drobnych, a tam trzeba płacić monetami w tym automacie". Wszystkie małe pierdołki na dzień dzisiejszy poodhaczane. No dobra, w piwnicy jeszcze nie byłam, ale pracuję nad tym. Choć po ciemku pewnie będę się bać. Dobra tam. Machen lassen.

niedziela, 18 stycznia 2015

#568; 2015

Cieszę się na nowy rok, bo z każdym kolejnym poniekąd umacnia się moja pozycja. Coraz mniej jestem dzieckiem, gówniarą, a coraz bardziej dorosłą, coraz bardziej samodzielną osobą. Nie zauważyłam za bardzo, kiedy przyszedł, bo miałam przyjemność spędzać sylwestrową noc na Polach Elizejskich. Z tejże okazji wyświetlali instalacje wideo, po czym nastąpił ogromny napis "2015", symboliczne fajerwerki (same ładne, te takie jasne rozlewające się na całe niebo i spadające w slow motion) i koniec. Nie było odliczania, żadnej, choćby i śladowej ekscytacji, jejku, jejku, to już, to zaraz.

2014 to bezwzględnie najlepszy rok w moim życiu. Tyle wspaniałych rzeczy się wydarzyło. Pamiętam wszystkie bardzo dokładnie, ale nie będę rozpamiętywać - teraz skupiam się na tym, żeby kolejny rok był tak samo udany.

Rzuciłam studia,
wyprowadziłam się za granicę,
miałam operację szczęki,
tym samym pozbyłam się aparatu na zębach,
pierwszy raz leciałam samolotem,
pierwszy raz byłam we Włoszech,
pierwszy raz bawiłam się w couch surfing,
pierwszy raz byłam w Paryżu,
mnóstwo pierwszych razów,
pierwszy raz samodzielnie malowałam pokój i nabyłam meble za własne pieniądze,
poznałam państwo Rodziców
i tak dalej.

To takie najbardziej znaczące lub bardziej widoczne rzeczy, które teraz przychodzą mi na myśl. Naprawdę było pięknie. Cały okrągły rok. Nie żałuję, jak to pisała Agnieszka Osiecka.


Ustawiłam sobie stół pod oknem i każdego wieczora wyobrażam sobie, że wyglądam właśnie tak, jak Carrie. Takie tam wypaczenia... 

Postanawiam przestać się przejmować i po prostu zacząć częściej pisać. Nie będę znaną blogerką, pisarką, publicystką, autorką, ale mogę pisać. Hej, Chustka pisała "zwykłego" bloga i jest nominowana do Oscara, to ci dopiero! 

Tymczasem mamy styczeń, a mnie na co dzień towarzyszy frustracja. Że nie zdążyłam, że nie wiem, że to nie ja na to wpadłam, że jeszcze nie jestem gotowa. Może Julian ma rację twierdząc, iż w styczniu wszyscy są lekko sfrustrowani, bo o ile początek nowego semestru jest zawsze dość przyjemny, bo człowiek w nowym mieście, nowe lokum, nowi ludzie, nowe studia, potem są święta, więc też nie najgorzej, a potem w styczniu już nie jest tak wesoło, bo nagle się budzimy w ręką w nocniku. I zaczyna się maraton, i zaczynają się wątpliwości, i powątpiewanie we własne możliwości i porównywanie się z innymi, bo ona, bo ten, bo tamten. 

Słucham utworów z tekstami Agnieszki Osieckiej. Co mam zrobić, jeżeli najpiękniejsza książka, jaką kiedykolwiek czytałam, "Listy na wyczerpanym papierze", nie została przetłumaczona na niemiecki? 

poniedziałek, 15 grudnia 2014

#567; Glühwein

Im dłużej się nie pisze, tym później trudniej jest zacząć, bo systematyczne zaglądanie tutaj traktuję jako wyznacznik stanu uporządkowania mojego życia. Chociaż ostatnimi czasy coraz mniej. Nie katuję się rozmyślaniami, jak nieuporządkowane jest moje życie, bo mam niepoukładane ubrania, wiecznie pełny kosz na brudną bieliznę i zalegające rzeczy w pokoju, które już dawno powinnam była wynieść do piwnicy. Co z tego. Mimo wszystko można schludnie wyglądać, być przygotowanym do zajęć, sprawnym intelektualnie i w dobrym humorze. Nie jest to tutaj uwielbienie bałaganu, Chujowa Pani Domu i tak dalej, ale nie można dać się zwariować - niepoukładane ubrania, traktowanie krzesła jako szafy lub dodatkowego mebla, np. regału to tylko małostki. Mało istotne detale.

fot. Thomas Zieger

W tym roku sprzedaję Glühwein na Weihnachtsmarktcie. Ot, radosna dorywcza praca, do której zgłoszenie wysłałam trochę na zasadzie "fajnie by było", a trochę dla beki. Tak więc stoję co weekend na mrozie, odmarzają mi paluszki i poliki. Pamiętam, że rok temu byłam zachwycona atmosferą i dekoracjami na Weihnachtsmarktcie. Te detale, te ozdoby nawet na dachach, lampki, łańcuchy, świeczki i zapach cynamonu. W tym roku diametralnie zmieniłam zdanie i doszłam do wniosku, że to wszystko nawet nie jest ładne, to po prostu kiczowate. Przede wszystkim okazja dla zarobku dla wielu ludzi, którzy na co dzień parają się sprzedażą najróżniejszych wyrobów i produktów, przez okrągły rok systematycznie wypełniają masę dokumentów ubiegając się o pozwolenie na wystawienie swojej budy i w grudniu, gdzie przy najsroższych temperaturach gotowi są pracować po 15 godzin dziennie, bo to dobry interes. No i oczywiście pobrali kredyty. Może to też dlatego, że miałam okazję przyjrzeć się tym budom za dnia, w świetle dziennym, przy zachmurzonym niebie - wtedy szczególnie widać, że to po prostu drewniane buty z laminatem na podłodze. Taki Glühwein polewa się z 60-litrowych kanistrów, wszystko kupuje się hurtem w wielkopowierzchniowych sklepach. Wszystkie te ozdoby nie są wcale ręcznie wykonane, tego nikt nie dzierga na drutach, po prostu można kupić jakiś kosz z plastikowymi owocami, następnie grubego Mikołaja rozsadzonego w swoich saniach i zamontować to wszystko na dachu. Są jeszcze lampki? Dawaj! I gwiazdy betlejemskie? Też dobrze!

Poza tym ta muzyka mnie dobija. Wiecznie te same piosenki. I może nie byłoby jeszcze najgorzej, gdyby leciały w kółko naprawdę same standardy. Najgorsze są te wszelkiego rodzaju przeróbki. Te alternatywy dla tych standardów. Te nowoczesne, popowe piosenki traktujące o świętach, christmas morning, bla bla.

Ale to jak najbardziej pozytywne doświadczenie.
Ciąg dalszy nastąpi.

poniedziałek, 10 listopada 2014

#566; Sosik

Listopad to piękny miesiąc.
Nie (tylko) dlatego, że mam urodziny. To zawsze definitywna jesień, już nie jest ciepło, a jeszcze nie pada śnieg. Nikt nie usiłuje na siłę zmusić mnie do świętowania Halloween, powoli widać Mikołaje i inne zbędne pierdoły. Samo słowo listopad ładnie brzmi. Mniej więcej w listopadzie orientuję się zawsze, że znowu przeleciał cały rok, ale nie jestem typem osób, które uskuteczniają postanowienia noworoczne, tak więc nie mam poczucia straconego roku, niedotrzymanych obietnic itp. Daleka jestem od podsumowań i analiz, choć często snuję refleksje.

A skoro już powiewa lekko cytatami z Tumblr i z Pinteresta (patrz: Hello November i te sprawy), to dorzucę jeszcze, że w ostatnich dniach przyświeca mi motto "dlaczego nie?"

Ekscytuję się zawsze i jestem bardzo rozradowana, kiedy natrafię na brownie, chleb bananowy, ciasto marchewkowe i inne tego typu wypieki w kawiarni. Och, jaka radość. Jak cudownie kupić sobie kawałek brownie z hipsterskiej budki w Lipsku czy gdzieś indziej. Ach, jakiż smak!

Dlaczego nie robię tego sama w domu? Przecież - a mówię to z czysto laickiego punktu widzenia - chleb bananowy to nic skomplikowanego, podobnie jak ciasto marchewkowe. A ciastka owsiane? Chleb pełnozbożowy? Dlatego aktualnie tej pięknej tegorocznej jesieni powzięłam zamiar spróbowania kilku rzeczy. Może na dobry początek nauczę się samodzielnie odpalać piekarnik. Taka inwestycja na przyszłość, choć niematerialna, chodzi o umiejętności.
Jak będę potem dzieciom torty piekła? A bagietki na śniadania w weekend? Ciasta na święta?

Tak samo mięso.
Moja bodaj ulubiona potrawa na świecie to sos, o ile w ogóle można powiedzieć, że jest to samodzielna potrawa. Tak czy owak, sosik jest tym, za czym najbardziej tęsknię. Bo generalnie tęsknię za jedzeniem. Nie mogę przeboleć, że w te wakacji z okazji wiązań międzyszczękowych musiałam się obejść smakiem przy wszystkich pysznościach, no chyba, żeby zmiksowane, możliwie tłuste i sycące zupy typu żurek nazwać rarytasem. Już dawno nie zjadłam mojego ulubionego dania, a jest to chyba kasza z sosikiem z wołowiną. Postanowiłam ostatnio zaprzyjaźnić się bliżej ze stoiskiem mięsnym w Edece. Nie wiedziałam, jak co się nazywa, ale chciałam otrzymać ten przepyszny, idealny w konsystencji brązowy sosik. Kupiłam 200g wieprzowiny, gotowanie zajęło mi więcej czasu niż myślałam, w międzyczasie kilka razy nie wiedziałam, co dalej i w końcu po około godzinie uzyskałam szarobury sos, bo okazało się, że na brązowy sos kupiłam nieodpowiednie mięso. No ale nie kolor jest najważniejszy. Smakowało (prawie) jak w domu. Zawsze to jakkolwiek swojskie jedzenie.

Tak więc szkolę się. W planach marmolada, mus i konfitury. Akurat odpowiednia pora roku na tego typu poczynania.

sobota, 8 listopada 2014

#565

Najistotniejszą rzeczą w oszczędzaniu pieniędzy tudzież rozsądnym ich wydawaniu jest nieekscytowanie się wypłatą lub, jak ja to mówię, nowymi pieniędzmi. Żadne jednorazowe rozpieszczanie typu dobre żarcie, kosmetyki, olejki do kąpieli, perfumy, buty do biegania, sweter z kaszmiru i tym podobne. Po prostu oszczędzamy dalej, myślimy bardziej w przyszłość. (Potem wydamy to wszystko na Paryż.)

Nie jestem zwolenniczką opatrywania wszystkiego etykietkami, zbytecznego kategoryzowania, ale minimalistyczny tryb życia faktycznie odbija się we wszystkich jego sferach. Są ludzie, którzy zwą się minimalistami, a z moich obserwacji blogosfery, różnorakiej prasy i nie tylko wynika, że są to głównie kobiety, które kupują sobie od zesrania białych t-shirtów, drogich jak zboże dżinsów, wyciętych szpilek, w których popierdalają zimą i twierdzą, że im nie zimno, wszystko jest obowiązkowo w 'klasycznych' barwach, czyli t-shirt jest biały, a dżinsy niebieskie, Jane Birkin latem. Są też ludzie, którzy te swoje jedne dżinsy naprawdę noszą przez okrągły rok, a nowa pora roku to wcale nie pretekst do kupowania nowych rzeczy. Dorwałem 5 lat temu wełniany szalik w delikatną kratę - noszę go każdego roku, jak tylko zrobi się chłodno. 

Ja jestem (chyba) minimalistką, bo wymusiła to na mnie sytuacja. Pomimo tego, że w tym roku przeprowadzając się miałam do dyspozycji dwa tylne siedzenia i bagażnik niedużej corsy moich rodziców, a to już dużo w porównaniu z zeszłym rokiem, kiedy to miałam do dyspozycji dwie walizki. Więc mam mało rzeczy, a więcej jeszcze nie zdążyłam nagromadzić. Przestałam nawet chomikować rzeczy, już nie twierdzę, że wszystko mi się przyda, nie drukuję tekstów, których nawet nie czytam, tylko po to, żeby móc lepiej popalić głupa na zajęciach - wówczas po prostu palę głupa i nie interesuje mnie jak głupi mam wyraz twarzy lub nie idę na dane zajęcia. 

I znajduję się w tym momencie życia, gdzie czuję, że podjęłam jakąś decyzję, coś sobie ułożyłam i próbuję sobie to życie dalej układać. I mam na uwadze mój stan konta i kurs walutowy i zastanawiam się, czy pójść do fryzjera, teatru czy pojechać do Drezna i nie muszę wybierać, ale nie kupuję sobie kompulsywnie kosmetyków typu cienie z Catrice, bo lekki brąz mi się podoba i pasuje, szczególnie teraz na zimę. Mam oczy szeroko otwarte, skręcam w coraz to nowe brukowane uliczki i rozglądam się, czy nie ma gdzieś wystawki, bo przydałoby mi się jeszcze kilka rzeczy. W końcu udało mi się upolować już całkiem sympatyczny stół i szafkę nocną, które mi się bardzo podobają. 

I nikt mi nic nie sprezentuje i nie mogę liczyć na żadną pomoc, w sensie nikt mi nie kupi wiadra białej farby do pomalowania pokoju, żeby mi trochę ulżyć. Jest jak jest i tak mi się podoba. Mój pokój wygląda trochę jak moje życie, takie składowisko, jeszcze nie kompletny ekosystem. 

I przychodzi moja współlokatorka i co rusz zagaduje mnie, czemu nie mam mebli i trochę tu pusto i że musiałabym sobie kupić jakieś meble.

Ja i moje życie. 
Moje dwa materace służące za łóżko. 
Moja mała lampka, bo dużo światła mnie denerwuje. 
Krzesło ukradzione z kuchni. 
Ubrania na wieszaku. 
Jeszcze parę rzeczy. 
Kawałek po kawałeczku. 

I nie ma w tym nic hipsterskiego ani nic minimalistycznego. Owszem jest to pewien minimalizm, bo teoretycznie byłabym w stanie się spakować i przeprowadzić w pojedynkę w ok. pół godziny, więc ma to swoje plusy, ale na pewno nie jest to nadęty minimalizm pod tytułem - białe meble z Ikei lub innego źródła i skrzynki po winie z francuskimi napisami stylizowane na stare, które w rzeczywistości kosztowały ciężkie pieniądze, bo, kurwa, shabby chic. 
Powiedziałabym bardziej, że tak się życie zaczyna. I nie jestem bohaterką, dlatego, że nie mam łóżka, bardziej chodzi mi o samodzielność, o świadome decyzje, o prace dorywcze, rozmowy kwalifikacyjne i How to cut your own hair at home na YouTube. 

Minimalizm znajduje swoje odbicie także w jedzeniu, bo niewiele potrzeba, by być sytym. Mus śliwkowy i pieczywo, do tego kawa z mlekiem na śniadanie. Ciastka owsiane w międzyczasie. Obiad - różnoraki. Kolacja. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale chyba od dziecka moja ulubiona potrawa to chleb z masłem, dlatego czasem i to robi za śniadanie, szczególnie z bagietką. Masło z czosnkiem i ziołami. Kasza z mięsem i sosem. Turecka pizza z mięsem mielonym. Pychota! 

Z okazji minimalizmu upiekłam dzisiaj babeczki z masłem orzechowym. 
Dokładnie tak. "Ja" jestem podmiotem w zdaniu "upiekłam", babeczki to dopełnienie. Fiu, fiu. 

P.S. Niektórzy wtykają sobie książki między rury grzewcze i też dobrze. I to ja nie mam mebli?
źródło: Tumblr

czwartek, 6 listopada 2014

#564

Chyba lubię Sia (Się?), bo ilekroć przerwę cokolwiek czym się w danej chwili zajmuję, żeby zerknąć, jaka to piosenka, która mnie właśnie zaintrygowała, to zawsze jest to Sia.

Soon We'll Be Found. 

Najbardziej lubię te chwile późnym wieczorem, lecz jeszcze nie w nocy, kiedy wszyscy już śpią. Współlokatorzy kładą się raczej wcześniej spać, więc już o 22 mogę się rozkoszować pustym mieszkaniem. Wszyscy wstają też wcześniej niż ja, widocznie nie bez powodu land Sachsen-Anhalt reklamuje się jako Land der Frühaufsteher.
Jak przekonałam się w zeszłym roku mieszkając w akademiku, jestem zwierzęciem stadnym bardziej niż mi się wydawało, dobrze się czuję i całkiem nieźle odnajduję mieszkając z innymi ludźmi w stosunkowo niewielkim mieszkaniu w porównaniu z nieskończonymi czeluściami akademika, ale mimo wszystko lubię te chwile samotności. Rankiem cieszę się, gdy w spokoju mogę zjeść śniadanie, bez small talku, bez przeżyć z dnia poprzedniego. Wieczorem lubię nawet pozmywać w spokoju i przynajmniej wizualnie ogarnąć mój pokój, żeby poranek był przyjemny. I nawet jeśli przez tych kilka godzin, kiedy jestem sama, a wszyscy inni już śpią nie robię nic szczególnego, bo książkę pod kocykiem to czytałam sobie też wcześniej, to osiągam błogi spokój, ten miły stan umysłu.
Dobranoc.

wtorek, 28 października 2014

#563

Postanowiłam zacząć się wyprowadzać do biblioteki bądź w inne ustronne miejsca, w których przesiadywanie będzie miało na celu produktywność. Siedzenie w domu jest też całkiem przyjemne, a i wspomniana produktywność postępuje odkąd mam stół, ale mimo wszystko za często rozpraszają mnie rzeczy typu rozmowy na Skype (och, skajpuję na pełen etat), robienie kawy i wieczne układanie rzeczy w pokoju.

Uważam to za dobry znak, że każdy mój taki wypad owocuje przynajmniej wpisem tutaj.

Równo miesiąc temu przyjechałam do Halle, o czym przypomina mi mój jednostajnie malejący stan konta, a także brak środków na karcie do telefonu, a Vodafone przecież po równo 30 dniach domaga się ponownego doładowania. Chodziłam z rękoma w kieszeni i podglądałam to miasto w pierwszych chłodnych dniach tego roku. To te same miejsca. Te same wystawy. Ten sam tramwaj, jeżdżący tą samą trasą. Niekiedy nawet te same twarze. Ten sam koleś o wyglądzie cwaniaczka stojący na rogu ulicy ze słuchawkami w uszach usilnie wciskający przechodniom ulotki indyjskiej restauracji w dłonie. W bibliotece te same twarze. Sąsiadka z góry. Trudno się czasem oprzeć myślom, że niby nic się nie zmieniło, a jednak tak dużo. Ostatni raz jak byłam w tej bibliotece, w której jestem teraz, starając się pisać pracę z pragmatyki w wielkiej rozpaczy, zrobiłam sobie przerwę ok. 15 i poszliśmy zjeść obiad do tej miłej miejscówki nad rzeką. I jakiś głupi, złośliwy głos mówi "no to już se nie zadzwonie", ale nie jestem przecież Taylor Swift i nie rusza mnie to. Rusza mnie wspólna przyszłość i snucie planów z wyprzedzeniem na najbliższe miesiące. I obowiązkowe słuchanie wiadomości w radiu, kiedy związek maszynistów planuje znów strajkować. Od nich bowiem w dużej mierze zależy moje szczęście.
Od maszynistów:)

piątek, 24 października 2014

#562; Mój dorosły pokój

W tym roku akademickim wynajmuję nieumeblowany pokój. Już sam ten fakt jest nowością samą w sobie, a w dodatku rozpatruję ten okres wynajmu w perspektywie przynajmniej najbliższych dwóch lat, więc mogę nieco poważniej pomyśleć o urządzaniu pokoju. Poprzedni właściciel pozostawił po sobie nieduży regał z czterema półkami, wieszak na ubrania i materac. Tyle. Ach, no i nie zapominajmy o zasłonkach.

Mieszkanie znajduje się w przepięknej, około stuletniej kamienicy w spokojnej dzielnicy, Südliche Innenstadt. Podłoga to jasne, drewniane deski, lekko już wysłużone, ale drewno, jak wiadomo - im starsze, tym lepsze. Dosyć dużo czasu zajęło mi rozpakowanie się. Teraz mogę prawie powiedzieć, że się urządziłam, choć pozostało mi jeszcze odmalowanie ścian. Aktualnie są lekko żółte, co daje dosyć przyjemny, ciepły efekt, aczkolwiek i tak przydałoby się małe odświeżenie koloru, nawet gdybym chciała go zatrzymać. Wiem, powinnam wstawić zdjęcia, a nie tak wszystko tylko opisywać jak niewidomym, ale teraz jeszcze nie ma czego fotografować. Praktycznie nie mam mebli, ale cieszę się niezmiernie. Co także jest nowością samą w sobie - nie mam też pieniędzy!
Żadna to filozofia pojechać do pierwszego lepszego meblowego lub nawet naszej ulubionej Ikei, kupić sobie pojemną szafę, komódkę, regalik, stół, krzesło, a następnie zachwycać się naszym minimalizmem, gorzej jak nie ma się na to za bardzo funduszy. Wówczas trzeba sobie radzić inaczej. Jako że mam ograniczone fundusze, nie mogę podejmować pochopnych decyzji i kupować rzeczy, które w najbliższej przyszłości przestaną mi się podobać lub stwierdzę, że jednak nie pasują. Jako że studenckie życie to życie nomady i tak naprawdę każdy posiadany przez nas mebel to tylko potem problem przy transporcie i wszelkich przeprowadzkach. Ja trzymam się zasady, że jeżeli już nie kupuję porządnych mebli i takich bardziej gabarytowych rzeczy, to chociaż mogę zadbać o to, żeby wszelkiego rodzaju pierdółki były ładne, praktyczne i pasujące do siebie. W tym sensie myślę o przyszłości. Jeżeli już posiadam - powiedzmy - ekspres do kawy, to pewnie będę go miała kiedyś w swoim mieszkaniu lub w tym, które będę wynajmowała z lubym i nie będziemy mieli w najbliższych planach przeprowadzki. Tak samo wszystkie pojemniki do przechowywania, doniczki, lampki, poduszki i koce. To są rzeczy, na które zawsze zazwyczaj mogę sobie pozwolić i jak mnie najdzie ochota to skuszę się na ten ciemnoszary koc, bo zawsze mi się taki podobał.  

Cieszę się, że w tym pokoju mam teraz pole do popisu. Jako że nie mogę szastać pieniędzmi, dokładnie przemyślam sprawę zanim podejmę decyzję. Przez około dwa tygodnie chciałam komodę, bo doszłam do wniosku, że tych kilka szuflad jest dokładnie tym, czego mi brakuje. Znalazłam odpowiednią, przede wszystkim cenowo, na Ebayu (oczywiście z drugiej ręki) i już przymierzałam się do zakupu, ale okazało się, że ktoś mnie ubiegł. Odłożyłam więc zakup dodatkowego mebla na później. I w zeszły weekend doszłam do wniosku, że stół jest tym, czego potrzebuję. Stół to zawsze dodatkowy blat, gdzie można rzucić torbę i klucze po przyjściu do domu, gdzie można postawić lampkę i kubek z herbatą, gdzie można się umalować lub postawić laptop. Miałam wyjątkowe szczęście, bo natknęłam się na ogłoszenie, gdzie ktoś chciał oddać stół, więc szybko napisałam, umówiłam się na godzinę, zjawiłam się pod umówionym adresem i teraz jestem posiadaczką pięknego stołu. Ok, piękny to on może nie jest, jest zwyczajnym stołem z Ikei jakich miliony na tym świecie, ale idealnie pasuje do moich potrzeb i mojego pokoju. Blat jest biały, a nogi metalowe. 100 cm x 60 cm, więcej nie potrzebuję i tak naprawdę, na więcej nie ma nawet miejsca w pokoju o wielkości 10,5 m2. No i był za darmo! Nadal się zastanawiam i wszelkie możliwości są otwarte, ale więcej mebli raczej nie potrzebuję. No może jedynie przydałoby się krzesło, bo aktualnie skradłam krzesło z kuchni, które będę musiała oddać jak tylko przyjdą jacyś goście. Nigdy nie wiadomo też, co się znajdzie na wystawce lub czego ktoś będzie chciał się pozbyć. 

Mimo że to tylko przeprowadzka do nieumeblowanego pokoju to postrzegam to trochę w kategoriach urządzania mieszkania. Myślę, co by się jeszcze przydało, co będzie praktyczne i co ładnie wygląda. 

Dziś cały dzień przeglądam blog The Selby. Fotograf Todd Selby zagląda przeróżnym ludziom do domu fotografując ich wnętrza. To wpadło mi w oko: 


Przepiękna podłoga, acz trochę inna niż u mnie.








Kocik!


Źródło: 

Na pewno chcę mieć dużo kwiatów i dużo półek na ścianie. Uważam, że można zrezygnować z mebli na rzecz półek, wtedy mamy dekorację ścienną samą w sobie. W kuchni też nie chcę szafek, garnki i patelnie wiszące na wierzchu tez są całkiem ładne. Na mojej liście życzeń numer jeden to krzesło, numer dwa - rama łóżka. 

#561

Chciałam mieć takiego ładnego bloga, ale nie znam się aż tak na htmlu i wszystkich tych znaczkach, strzałeczkach i przecinkach. Jeszcze nad tym pracuję. Na codzień zajmuję się szeroko zakrojonym ogarnianiem mojego życia na wszelakich polach. Zajmuje mi to tyle czasu, że w zasadzie nie mam kiedy poprasować, sensownie poukładać rzeczy na regale, ażeby się ładnie prezentowały. Ba, nawet nie mam kiedy studiować. Wysyłam maile z zapytaniami, wysyłam podania drogą tradycyjną, co chwila chodzę kserować, drukować i laminować, dzwonię, wiecznie przekładam karty w telefonie, sprawdzam ceny, konsultuję. I bardzo intensywnie skajpuję.  Dopadło mnie przeziębienie, więc dzisiaj zostaję w domu. Ten jeden wykład odbędzie się też beze mnie, a ja opatuliłam się kołdrą, mam picie i przekąski w zasięgu ręki i nigdzie się nie wybieram, choć słońce tak pięknie świeci.

czwartek, 16 października 2014

#560; Mimozami

Jesień przyszła dopiero dzisiaj albo ja ją dopiero dzisiaj zauważyłam.
Definitywnie trzeba przestać nosić balerinki, zmienić garderobę na tą ciut cieplejszą, a wszelkie odzienia wierzchnie trzeba zacząć zapinać i to możliwie szczelnie, a nie tylko nonszalancko narzucać na ramiona. Nie uległam jesienno-zimowemu marketingowi i nie pobudzam się do życia kawą na wynos zakupioną w piekarni na rogu. A już w ogóle - w żadnym wypadku! - nie wybieram się do Starbucksa na Pumpkin Spice Latte. Nie obkupiłam się czekoladą i ciasteczkami Oreo, żeby sobie polepszyć humor i w miłym towarzystwie nieprzyzwoitej dawki cukru móc sobie wieczorem przeglądać Tumblr. Kupiłam sobie za to dwie pary skarpetek i dużą filiżankę do kawy w kolorze kości słoniowej. 

Z okazji jesieni posprzątam może w pokoju. Wreszcie przestawię ten regał na drugą ścianę, wstawię jeszcze dwa prania i w jakimś sensownym porządku uporządkuję wszystkie szpargały. 

Dopadło mnie Życie (pisane wielką literą) w krystalicznej postaci, bo oto dopiero teraz dotarła do mnie powaga sytuacji. Coś, co skutkowało nerwową atmosferą i odczuwalnym stresem wśród domowników pod koniec września, ja zrozumiałam dopiero teraz. Oto znajduję się w przemiłym i uroczym miasteczku, gdzieś na Wschodzie Niemiec. Oto mam inną odpowiedź na pytanie, co robię, co studiuję i gdzie tak w ogóle się podziewam. Teraz nie mogę się już tytułować żadnym programem, nie identyfikuję się z żadnym hasłem typu Erasmus, Plus, Mundus, nie jestem studentką z Japonii, nie biorę udział w żadnym programie wolontariackim. Po prostu sobie jestem. Niezależnie i na własną rękę. 

Ale bardzo się cieszę. To miłe uczucie radości, które towarzyszyło mi tutaj już w zeszłym roku. Że ta kamienica taka ładna, że w łazience jest okno, że jest przepiękna drewniana podłoga, a współlokatorzy witają się słowami "Hallöchen" lub "Halli Hallo". Błogość. 

wtorek, 23 września 2014

#559; Co czytam?

Co jakiś czas i przy różnych okazjach, np. z okazji sezonu ogórkowego, końca roku, Międzynarodowego Dnia Książki, początku roku lub jak się komuś przypomni, media sporządzają nową lub odkurzają jakąś starą statystykę i skutkiem tego ubolewają nad stanem polskiego czytelnictwa. Że zatrważający odsetek Polaków nie przeczytało w minionym roku ani jednej książki. Oczywiście przy tej okazji zastanawiam się chwilkę nad sobą i ile książek ja tak w zasadzie przeczytałam od początku tego roku? Stan na wrzesień 2014 - myślę, że < 10. Około dziesięciu. Maksymalnie dziesięć. 

tumblr.com

Nie jestem typem, który czyta książki - bardziej pochłaniam gazety. Czasopisma i dzienniki. Wydania internetowe i papierowe. Codzienne i weekendowe. Blogi (a jako blog rozumiem głównie tekst ilustrowany zdjęciami, nie zalew zdjęć w lepszej lub gorszej rozdzielczości ze zdawkowymi podpisami i pokracznymi zdaniami na poziomie drugiej klasy szkoły podstawowej). Jeżeli już sięgam po książkę, to jest to zawsze czyjaś biografia, pamiętniki, wspomnienia, książka historyczna lub publicystyka. Lubię dowiadywać się czegoś nowego, zanurzać się w innej epoce i próbować sobie wyobrazić życie w tamtych czasach. Czytam biografię Johna Lennona i jestem na chwilę w Liverpoolu lat 40. Frank Sinatra to mafia, prohibicja i włoscy imigranci. 

Aktualnie czytam "Der taumelnde Kontinent. Europa 1900-1914" - o Europie z początków 20. wieku, która w bardzo przyjemny i przystępny sposób dorabia treść do haseł, które w mojej głowie istniały do tej pory bez odnośnika. W ogóle ta książka jest trochę jak Wikipedia, bo luźno traktuje o różnych rzeczach. Wielka Brytania, a więc Królowa Wiktoria, to znowuż jej wnuk Wilhelm II i to jak roztrwaniał majątek Prus, zaraz jesteśmy w Wiedniu i krótki przegląd tego, o czym pisały najważniejsze dzienniki, potem o wiedeńskich artystach i naukowcach, Freud, Mahler i wielu innych. Pobieżny zarys początku ubiegłego wieku, a jednocześnie padają wszystkie nazwiska, które skądś się kojarzy i dzięki tej książce dowiaduję się właśnie skąd. Vanderbilt, de Rotschild, szlachta i socjeta angielska. 

tumblr.com

Blogi, bez których nie wyobrażam sobie żadnego poranka ani wieczora, czyli kiedy strategicznie ustawiam laptop gdzieś w bezpośrednim pobliżu, w zasięgi ręki i zaczynam czytać. Czytam, czytam i czytam. Łącznie z komentarzami i poprzednimi wpisami z kilku minionych dni. 

Lina Mallon - lubię ją, bo podstawę stanowią u niej dobre teksty. Mimo że jest blogerką modową, jej teksty to nie tylko nieudolne podpisy do zdjęć i rozważania na temat stylizacji, to artykuły na dobrym poziomie, nawet jeżeli jest to tekst sponsorowany na temat koronkowej bielizny. 

Man Repeller - czuję się jak hipsterka, bo mam wrażenie, że czytałam ją zanim stała się sławna. Jak jeszcze miała inną szatę graficzną na blogu i wstawiała głównie swoje fikuśne stylizacje i żartobliwe teksty. Teraz jej strona dosyć się rozrosła i już nie pisze go sama, nie są to już tylko i wyłącznie stylizacje, ale nadal można przeczytać naprawdę dobre teksty. 

Jessy from the blog - mój najnowszy ulubiony blog. Jessy wydała ostatnio książkę. Nie wiem do końca, czy jest to po prostu blog w formie książkowej czy też książka traktująca o zupełnie czymś innym, niemniej jest to numer jeden na liście moich jesiennych zakupów (o ile takowe w ogóle się odbędą, eghem eghem). Pracuje jako dziennikarka freelancerka i krótko mówiąc - właśnie to rozumiem pod pojęciem "blog". 

Niezmiennie od 5 (lub więcej) lat śledzę Sea of Shoes, która na przestrzeni lat niewiele się zmieniła. Ewoluował jej styl, zmieniła się i ona sama, jednak na blogu nadal w pierwszej kolejności zawiera stylizacje i praktycznie nic więcej. Bardzo ładne zdjęcia, bardzo dobry styl i gust.

Niedawno przeglądam jeszcze Codziennik feministyczny i Foch. To dość podobne do siebie strony, bardzo feministyczne, tworzone w głównej mierze przez kobiety. Foch nieco bardziej humorystyczny, Codziennik ma niewiele samodzielnych tekstów, to w dużej mierze tłumaczenia, ale zawsze ciekawe treści, zawsze otwierające oczy i kształtujące światopogląd. 

Huffington Post, ale czytam tylko kolumny z lewej strony, czyli wpisy blogerów. Raczej nie czytam tych wiadomości spod krzyczących nagłówków ze środka i prawej strony. Lubię tą różnorodność, że raz trafiam na wpis matki, która pisze, dlaczego jej 7-letni syn ma długie włosy, a z drugiej strony bankier wypowiada się na temat współczesnej gospodarki. Nigdy nie wiadomo. 

Style Digger - lubię za filozofię, świadomy konsumpcjonizm i to, że każdy tekst, każde zdjęcie i każdy pozostały detal jest dokładnie przemyślany.

Minimal Plan - bardzo dobra treść, ideologia, widać wkład pracy. Mam wrażenie, że to jeden z tych blogów, który jest bardzo, bardzo dobry i powstały dużym nakładem pracy, aczkolwiek jeszcze nie tak znany. 

To tyle z tych moich ulubionych stron, które najczęściej odwiedzam. Generalnie łatwo mnie zadowolić i łatwo się zachwycam albo po prostu jest tyle bardzo dobrych blogów, ale te odwiedzam najczęściej, często za jednym razem, zawsze z pamięci, mniej więcej w tej kolejności. Mimo że sprawdzanie, czy na każdym z tych blogów nie ukazało się coś nowego i potem czytanie najnowszych tekstów zajmuje mi ok. 2 godzin dziennie, to codziennie zbieram nowe blogi i dodaję do ulubionych. 

sobota, 20 września 2014

#558

Rühren. Pürieren. Pürierstab. 
(Mieszać, blenderować, blender.) Gdybym była alternatywną artystką pokroju Marii Peszek to tak zatytułowałabym mój nowy album, który miałby premierę tuż po Nowym Roku.

To w ostatnich tygodniach moje ulubione słowa (a mają ze sobą wspólnego tyle, że - jak na złość - trudno je wymówić). Odkąd zoperowano mi szczękę, żywię się tylko przez słomkę. Muszę wykazywać się kreatywnością w przyrządzaniu pokarmów, bo nie tak łatwo dostarczać organizmowi wszystkiego, co potrzebuje w formie płynnej i w odpowiedniej temperaturze, tak by gotowe było do spożycia przez plastikową słomkę o odpowiedniej średnicy (bo te fancy, które często bywają w kawiarniach, proste, czarne i grube są za duże i nici z jedzenia!) przez dziurę powstałą przez brak jednego zęba trzonowego.


W zasadzie odżywiam się teraz wcale zdrowo, bo miksuję głównie owoce i warzywa w różnych kombinacjach. Praktycznie nie jem mięsa, więc chcąc nie chcąc zostałam wegetarianką. Na szczęście można pić kawę, a jeśli robię to ostrożnie i małymi łyczkami to nawet jak normalni ludzie mogę ją pić wprost z filiżanki, bez słomki. Niczym małe dziecko muszę zawsze myśleć w przód o jedzeniu, planować kilka następnych godzin pod kątem jedzenia i nierzadko brać zmiksowany prowiant ze sobą w termos. Nie wspominając o całej paczce (powiem to znowu) słomek, którą zawsze i wszędzie noszę ze sobą. 

Jednocześnie ogarnia mnie nostalgia związana z końcem lata. Mimo że nie lubię upałów, a w tym roku ciepłe sierpniowe dni ze względu na ogólne osłabienie organizmu bardzo mnie męczyły (nie przypuszczałam, że promienie słońca i wiatr mogą przyprawiać o ból i zawroty głowy), to z rozrzewnieniem patrzę w kalendarz, bo za chwilę trzeba wyjeżdżać. I nie będzie się już można umawiać na kiedyś tam i na jeszcze się zgadamy, bo już wkrótce się nie zgadamy.

Ale z drugiej strony bardzo mnie to cieszy. Ja jak zwykle jestem po środku, literatura środka, literatura drogi. Powinnam pisać te książki. Że podróż, że nie tu i nie tam. Cieszę się na Halle, cieszę się na mój nowy pokój, cieszę się na moje weekendowe wyjazdy i przyjazdy, cieszę się na tą kamienicę, tą dzielnicę, to miasto, te kawiarnie, na współlokatorów, na odległość Halle - Dresden. Nie martwi mnie brak mebli, cieszę się na nowe perspektywy, nowy kierunek na uczelni, nowi ludzie, których niechybnie poznam. I na te wszystkie pyszności, które pochłonę w nieprzyzwoitych ilościach, gdy tylko zdejmą mi wiązania międzyszczękowe! 

piątek, 19 września 2014

#557

Życie obchodzi się ze mną dziewiczo lub to ja dziewiczo obchodzę się z nim. 
Pomijam już kwestię, że nadal uwierają mnie braki w wiedzy, którą powinnam wynieść ze szkoły i raczej nie brałabym aktywnego udziału w dyskusji o minionym stuleciu lub genetyce, a szkoda, bo wszak takie tematy zapisywałam w moim 32-kartkowym zeszycie w kratkę. Nie sposób wiedzieć wszystkiego, ale czasami ma się po prostu pojęcie o rzeczach, które dla mnie pozostają tylko pustym hasłem.  

Najprostszy przykład - nie znam się na alkoholach. Kompletnie nie kojarzę tych nazw. Na dobrą sprawę, nie wiem, co to jest Prosecco. Jeszcze do niedawna nie wiedziałam, co to Metaxa. Z racji tego, że kilka ostatnich wieczorów spędziłam we wcale przytulnym barze, to miałam okazję przelecieć wzrokiem kilka etykiet i teraz będę mogła z dumą stwierdzać, że mi się obiło o uszy. 

Nigdy nie byłam w większości wielkich miast w Polsce i Europie, których odwiedzenie to w dzisiejszych czasach standard wśród klasy średniej. Londyn? Barcelona? Wiedeń? 

Nie byłam nigdy w Bieszczadach. 
Nie jechałam płatną autostradą. 
Nie umiem jeździć na nartach, nigdy nawet nie miałam nart na nogach. 
Nie umiem pływać inaczej niż pokraczną żabką. 
Nigdy nie jadłam ciastek Oreo. 
Nigdy nie nurkowałam. 
Nigdy nie jechałam dorożką. 
Dobrze, że ostatnio miałam wątpliwą przyjemność bycia w szpitalu, tylko dlatego nie mogę teraz na tej liście umieścić kontaktu ze służbą zdrowia. 
Nigdy nie byłam nigdzie dalej poza Europą. 
Nigdy nie jadłam sera koziego. 
Nigdy nie kupiłam nic w Sephorze. 
Nigdy samodzielnie nie upiekłam ciasta, w ogóle nic nigdy nie upiekłam. W zasadzie boję się nawet odpalić piekarnik. 
Nie czytałam "Anny Kareniny", "Przeminęło z wiatrem", "Wojny i pokoju" i innych wielkich klasyków.


Ale za to!
Umiem robić na drutach.
Znam się na podstawach ortodoncji i chirurgii szczękowo-twarzowej (dobra, dobra). 
Umiem robić makijaż. 
Jak się skupię to rozumiem francuski.
Rozpoznaję utwory muzyki klasycznej.
Pływałam rowerem wodnym po rzece.
Chodziłam po górach.

A więc doświadczam i smakuję życie. Bardziej teraz niż kiedykolwiek. Od wczoraj wiem, jaka jest różnica pomiędzy smoothie a koktajlem. Smoothie to same owoce, a w koktajlu będzie jeszcze jakiś nabiał. 

sobota, 13 września 2014

piątek, 8 sierpnia 2014

#555; Powróciwszy

Oto życie mi się przydarzyło. 
Oto jest o czym pisać i co wspominać. 
Spoglądam za siebie i coś widzę. 

Ostatnie dwa tygodnie spędziłam przygnieciona przez emocje. Snułam się, powstrzymując od płaczu, przybierając maskę odważnego i dorosłego człowieka, gdy znów musiałam coś załatwić, gdy brakowało mi jeszcze jednego podpisu. Teraz uregulowałam już swoją gospodarkę uczuciami, teraz jest w porządku. Teraz piję shake'a z jagód zebranych z działki i piszę ostatnią pracę semestralną na zaliczenie. Przyjechałam kilka dni temu, ale dotarłam dopiero dzisiaj. No, może już wczoraj było całkiem normalnie, ale porządkowałam jeszcze ostatnie rzeczy w pokoju. Regularnie wyrzucam ogromne torby szpargałów z mojego pokoju - jestem minimalistką i realistką w dodatku. Czy biret z zakończenia liceum jeszcze mi się do czegoś przyda? Nie, pierdolę liceum i ich wszystkich razem. Czy to zdjęcie klasowe z gimnazjum w szklanej ramce będzie potrzebne? Nie, nie rozpamiętuję tego okresu w moim życiu za bardzo. Wszystkie oryginalne opakowania od wszelakich sprzętów ekologicznych, pozaczynane taśmy klejące, plastikowe kolczyki, które już mi się nie podobają, bardzo stare kartki urodzinowe itp. Wszystko, co znajduje się w moim pokoju pod moją nieobecność, generalnie nie jest mi potrzebne. Przecież mam wszystko ze sobą. Tylko moje książki, płyty, kwiatki i zimowe ubrania mogą na mnie czekać. 

Fascynuje mnie to, że przez pierwsze dwa dni zastanawiałam się, gdzie jestem i co się ze mną dzieje. Czułam się przez kilka pierwszych chwil jak w obcym kraju i postrzegałam dobrze mi znane mi rzeczy jak fascynujące zjawisko. Zapomniałam, że te wszystkie rzeczy istnieją. Nie myślałam o nich i w ten przyjemny sposób przypomniało mi się, że one nadal tutaj są, że to życie, które znam i lubię, dalej się toczy. Że nie tylko w Halle i nie tylko na Rudolf-Haym-Straße jest zajebiście. 
Zapomniałam, że moi sąsiedzi z naprzeciwka to sympatyczna para starszych ludzi, którzy każdego dnia niczym w szwajcarskim zegarku wychodzą o 9 na zakupy i punkt dziewiąta słychać zgrzyt klucza w zamku. 
Że na działkach urzęduje pani Halinka, która co dzień nieprzymuszona wstaje o 4 rano i podlewa ogórki. 
Panie w lumpeksie w kolejce do przebieralni przymierzają rzeczy od razu na siebie i pytają się przypadkowych kobiet, jak wyglądają i czy ta sukienka nie za szczupła, bo to wie pani co... etc. 

To miłe uczucie zorientować się, że się człowiek zmienił. Gdy człowiek ogląda film - dla przykładu, całkiem niedawno, "Diabeł ubiera się u Prady" i stwierdza, że w gruncie rzeczy jest on beznadziejny. A jeszcze kilka lat temu zachwycałam się nim, bo to moda, bo wielki świat, bo tyle ładnych ubrań, bo też bym tak chciała, no i to wielkie miasto i wszystko. Książka podobała mi się o wiele bardziej, bo to bądź co bądź ciekawa i chwytliwa opowieść, ale film jest dość infantylny. Oczywiście kreacja Meryl Streep jest bardzo dobra, ale na tym kończą się zalety tego filmu. I piosenka "Suddenly I see" na początku jest jeszcze w porządku.  

Och, jem sobie śniadanie i uskuteczniam amatorską recenzję "Diabeł ubiera się u Prady". Czemu nie. 

Nie ruszają mnie te wszystkie powierzchowne piosenki pop z tekstami w stylu "all love songs that break your heart", bla bla bla. Proste banały skondensowane w jednej linijce. Komunały, przy których niby można się trochę posmucić. Mnie wzrusza teraz co najwyżej Melody Gardot, która swoim rozedrganym z emocji głosem śpiewa teksty typu I'm longing for your embrace i tak dalej, Madeleine Peyroux sobie też może nie włączę - na razie. Bardziej emocjonalnie niż zazwyczaj podchodzę też do zwykłych z pozoru rzeczy - czytałam w pociągu w Wysokich Obcasach wywiad z panią, której sześciomiesięcznie dziecko uległo wypadkowi i teraz jest niepełnosprawne - w pewnym momencie w oczach stanęły mi łzy, bo ona tak pięknie opowiadała, o tym jak cieszyła się, gdy syn pewnego ranka wyznał jej miłość, mówiąc "kucham" itd. Ogólnie wystarczy nieco bardziej smutniejsza melodia lub przygnębiająca historia, a pewnie za niedługo się popłaczę. Try me. 

środa, 16 lipca 2014

#554

Och, dziś nie pospawszy. Pora jeszcze nie do końca obiadowa, a ja już mam ochotę położyć się spać.

Dostałam do przesłuchania "Beatles Go Baroque" i napawam się teraz tą przyjemną mieszanką dźwięków. 

Rok akademicki (tutaj) się w zasadzie już skończył. Teraz tylko ostatnie zajęcia, zbieranie kwitków, zaświadczeń i dopełnianie formalności z mojej strony. Boję się trochę momentu, w którym podbiję do szanownej wielmożnej pani w instytucie, która groźnie łypnie na moje dokumenty przyniesione w ofierze i wyda wyrok - zaliczy czy nie zaliczy.  

Najgorsze teraz jest to, że nic nie wiadomo. 
Złożyłam tutaj dokumenty na studia - jeszcze nie wiem, czy mnie wezmą. 
Tym samym nie wiem, czy będę kontynuować studia w Poznaniu. 
Tak czy owak muszę ten rok zaliczyć - w przeciwnym razie już dawno bym zaprzestała chodzić na zajęcia, no może tylko charytatywnie i dla frekwencji. 
Gdybym wiedziała na pewno, że od października znowu będę w Halle to mogłabym zostawić tu mój rower i nie głowić się, jakim cudem mam go zmieścić do samochodu. 
Mogłabym też dostać w prezencie łóżko i szafkę do mojego nowego, pięknego pokoju (którego jeszcze nie mam). Ale pewna właśnie jeszcze nie jestem, więc nie mogę przyjmować takich gabarytowych podarków. 

Nic nie wiadomo i w związku z tym trochę się człowiek stresuje, bo tyle niewiadomych, a wszystko musi się zazębić. 

Miły ten baroque, aczkolwiek w ogóle nie rozpoznaję piosenek. 

Ach, i mój rower znów jest niesprawny. Teraz muszę chodzić pieszo. 40 minut w jedną stronę do miasta, całkiem przyjemnym spacerkiem, całkiem często pod górkę. 

Nie zastanawiam się nad tym i nie odliczam, że będę tu jeszcze tylko dwa tygodnie. Czasami łapię się tylko na tym, że muszę wyłączyć co bardziej smutniejszą piosenkę na playliście, bo mi się przykrzy, jak to mawia moja babcia, aczkolwiek poza tym jest zupełnie normalnie. Nie ma końca świata, jest tylko urozmaicenie. Grunt to mieć jakiś punkt odniesienia. Sierpień zleci szybko, bo będę wyczekiwała operacji, potem zaraz nastanie wrzesień, a we wrześniu będziemy uprawiać agroturystykę poza miastem, chodząc boso po trawie, mając do dyspozycji tylko zimną wodę z pompy. Gdzie tuż obok w stawie mieszkają kaczki, a trochę dalej konie. Chwila trwa. 

Tymczasem najładniejszą i najbardziej urokliwą uliczką w Halle została Mittelstraße. Tako się wdzięcznie nazywa. Była taka urocza, że nawet nie mam żadnych zdjęć, bo do tego stopnia napawałam się tym przepięknym wieczorem. Jest krótka, dosyć ciasna i brukowana. Aktualnie na samym środku rezyduje wielka koparka, bo coś tam budują - chyba remontuję jeden z tych starych domów. Ale nawet ta budowa jest urocza, bo po środku, tuż pod tą koparką, ustawiony jest plastikowy stół i krzesło, na stole uroczyście ustawiono niewielki wazonik z pojedynczymi kwiatkami, a przy stole zawsze, ilekroć tamtędy przechodzę, siedzi sobie pan w pomarańczowym kombinezonie i czyta dzisiejszą gazetę. Przy Mittelstraße znajduje się mała galeria sztuki, z drewnianymi okiennicami porośniętymi bujną zieloną roślinnością, dalej sklep sportowy, który ma okazałe siodło na wystawie, dalej fryzjer i cudowna kawiarenka CZECH, z niedużym drewnianym tarasem zajmującym połowę tej wąskiej, brukowanej uliczki. 
I idę tą uliczką, a była ona słabo oświetlona, bo latarni było tylko kilka, panowała błoga cisza i spokój, bo koparki już tam nie było, a jakiekolwiek dźwięki muzyki i rozmów dobiegały tylko właśnie z tej kawiarni. Po przeciwnej stronie, pod nieco zrujnowaną i niezamieszkałą kamienicą zaparkowane było mnóstwo rowerów, wszystkich tych, którzy przesiadywali akurat na tarasie w kawiarni. I leciała cudowna muzyka z płyt winylowych, Nina Simone i stary trzeszczący blues, a w środku na podłodze leżał ogromny dywan, na ścianach obrazy malowane na płótnach. A na tym tarasie siedział Julian z winem i Le Monde. I taki teraz obrazek utrwalił mi się w głowie.

niedziela, 13 lipca 2014

#553

Dzisiaj cały ranek gorąco debatowaliśmy. 
Tak gorąco, że pod prysznic wybierałam się ok. 13, mimo że pobudka była tak o 9:00. 
Że jak ktoś studiuje medycynę lub prawo to może się określić jednym słowem, a ci studiujący różne, przeróżne, najróżniejsze kierunki humanistyczne zawsze muszą wymieniać po przecinku. 
Że z drugiej strony może to lepiej dla twojego własnego rozwoju, bo lekarz jest lekarzem i tylko lekarzem, nawet jeśli zapalenie gra w squasha po pracy, podczas gdy ci wszyscy szeroko pojęci humaniści robią różne rzeczy. I tak można się do woli i ile dusza zapragnie nazywać. 
Ja jestem pisarką (bo piszę ten blog), tłumaczką (bo kiedyś coś przetłumaczyłam), aktywistką (bo raz się zgłosiłam na ochotnika), przedsiębiorcą (bo sprzedaję rzeczy przez internet) i freelancerką (bo czasami gdzieś wysyłam cv?). I dziennikarką może jeszcze, bo w podstawówce pisałam do szkolnej gazetki o przyjemnej nazwie "Dzięcioł". 
Można się bez końca definiować. W razie gdyby ktoś chciał kiedyś przeprowadzić ze mną wywiad, to pod moim niedużym, czarno-białym zdjęciem będzie pisało: "Imię i Nazwisko (*1991)" i cała ta wyliczanka. 
Potem ja rzekłam, że najbardziej to bym chciała zarabiać pieniądze na blogu, bo to takie przyjemne połączenie, bo hobby to twoja praca itd. 
I rozprawialiśmy, że teraz ludzie zarabiają na blogach (a w tej materii ja byłam bardziej wtajemniczona - stety, niestety), że kręcą te bzdurne filmiki na YouTube, że to bezpodstawne wzorce dla młodych dziewcząt w pewnym wieku, że powielają cały czas ten sam wzorzec. 
Bo doprawdy - można by prowadzić nieskończone socjologiczne dysputy na ten temat, odezwaliby się też teoretycy sztuki użytkowej, czymże jest moda, kiedy jest to trend, styl, ikona et cetera. Niemniej wszystko to mainstream. Może to dlatego, że żyjemy w globalnej wiosce i wszyscy jesteśmy podłączeni do jednej i tej samej sieci. Do jednej wtyczki. Z blogów płynie wiedza, że tylko urządzone na biało mieszkania są najwspanialsze, jedynymi akcentami kolorystycznymi mają prawo być szare lub lawendowe poduszki z napisem Home i tekturowe litery na kominku. Jesteśmy fajni tylko wtedy, jeżeli mamy kosmetyki firmy Mac lub Nars, kawę pijemy w Starbucksie, po kraju poruszamy się samolotem, ubieramy się najchętniej w Forever 21, jako przekąskę jemy Oreo, w domu mamy koty tej samej rasy, nasz telefon to iPhone, wszyscy podążamy za tymi samymi trendami i mniej lub bardziej świadomie się do siebie upodabniamy. W większości te dziewczyny (a pokuszę się o tą generalizację, bo obejrzałam wcale mnóstwo podobnych filmików na YouTube): 
-są dziewczynami właśnie, bo myślę, że tylko niewielki odsetek mężczyzn się tym para 
-są rasy kaukaskiej 
-mieszkają w dużym mieście 
-są heteroseksualne 
-są w związku 
-są niskie i szczupłe 
-mają długie włosy
i tak dalej. 

Wszystkich kusi wizja zarobienia łatwych pieniędzy, a trochę się słyszy o potędze mediów społecznościowych i zawrotnych karierach przeróżnych blogerek/ów, dlatego też mnożą się kolejne blogi i kanały na YouTube, bo myślę, że gros nastolatek myśli sobie - to jest udane życie. Ja też tak chcę. Chcę mieć swoje auto, mieszkać w przestronnym mieszkaniu z moim partnerem, żyć bez większych trosk i zarabiać całkiem przyzwoite pieniądze na kręceniu filmików tudzież blogowaniu tradycyjnym. Można by się spierać, czy są to dobre wzorce i czy w ogóle. Życie, w którym tak ogromną rolę odgrywa konsumpcjonizm. Niepohamowany, ba, stale napędzany, rozbuchany konsumpcjonizm. Muszę regularnie wydawać bajońskie sumy w drogeriach lub sieciówkach, żeby w niedużych odstępach czasu nakręcić nowy filmik o tym, co sobie kupiłam w H&M, a co na wyprzedaży w Mango. Systematycznie wykupuję też asortyment Rossmanna lub DM, bo regularnie muszę pokazywać nowe odcienie kredek, nowe lakiery do paznokci i inne. Niedobrze, niedobrze. Myślę, że to szkoda dla tych i tak "trudnych" pokoleń zaczynających się od rocznika '95, które już słabo wypadają na maturach i innych egzaminach. Nie tędy droga, o nie. 

Są oczywiście też blogerzy, którzy mają coś sensownego do powiedzenia tudzież pokazania. Jednym z nich, moim ulubionym, jest The Sartorialist. Cenię go głównie za konsekwencję, bo od tylu lat nie zmienił nawet szablonu i nadal korzysta z najprostszej wersji Blogspota. Tak samo tytułuje swoje posty, na przestrzeni lat swojej popularności wprowadził tylko kilka drobnych, kosmetycznych zmian czy urozmaiceń. Ostatnio podejrzałam go na Instagramie, gdzie wrzucił zdjęcie z jakiegoś włoskiego miasta - ładny most z widokiem na stare budynki. Podpis głosił coś w rodzaju makes me want to buy a book. 
Tak. Niektóre miejsca pieszczą nasze zmysły estetyczne, niektóre skłaniają do refleksji. W niektórych można się zamyślić. Można się zapomnieć. Niektóre mamy ochotę utrwalić na papierze, niektóre tylko zachować w pamięci, wcale nie fotografować. W dzisiejszych czasach wielu ludzi cierpi na jakąś dziwną przypadłość - bardzo szybko wydaje im się, że są specjalistami w danej dziedzinie i jeżeli coś nam się raz czy drugi udało to jest to już wystarczający argument, żeby założyć bloga i zostać samozwańczym ekspertem w danej dziedzinie. Jest to pewien ekshibicjonizm. Dzielić się ze światem swoim życiem, swoim wizerunkiem. 

Nie lubię mainstreamu. Wolę pod prąd. To mnie nie dotyczy, to mnie nie interesuje, to nie jestem ja. Kropka.

P.S. Niemcy, zdaje się, zostali właśnie mistrzem świata w piłce nożnej. Za moim oknem w mojej spokojnej, cichej i zazwyczaj wyludnionej okolicy dzikie odgłosy, fajerwerki i wrzaski z okien.

#552

Jak to się dzieje, że francuska muzyka mi się zawsze podoba, a francuskie filmy zawsze bawią? 
Właśnie teraz w radiu pobrzękuje jakaś francuska piosenka nieznanego mi wykonawcy i oczywiście bardzo mi się podoba, jak wiele innych. 

Tymczasem nastał lipiec, a nawet jego połowa, a ja zaczęłam udzielać się na zajęciach, używać Konjunktivu i zadawać pytania pod koniec zajęć. Pal licho wszystko inne, grunt to ten Konjunktiv! Postrzegam to jako mój mały sukces. Tryb przypuszczający w języku niemieckim. Szczególnie ten uwielbiany przez nas wszystkich Konjunktiv II i Konjunktiv z czasownikami modalnymi. I ta niezliczona ilość czasowników na końcu zdania! To dziwne umiejscowienie hätte w zdaniu współrzędnym! Ach! Teraz nareszcie wiem! 
Rozumieć rozumiałam to już dawno, ale "zaplanować" wszystkie te czasowniki w swojej głowie w ułamku sekundy, po czym wygłosić je w miarę poprawnie gramatycznym, zrozumiałym zdaniu? Ależ jestem z siebie dumna. 

O co chodzi? 

Konjunktiv to generalnie tryb przypuszczający, który służy do wyrażania sytuacji nierealnych. 
Konjunktiv I to mowa zależna. Spotykany najczęściej w tekstach pisanych, np. w gazecie, gdy chcemy przytoczyć czyjeś słowa, mówimy o czymś, czego nie jesteśmy do końca pewni, a także relacjonujemy coś, co się zdarzyło lub co ktoś powiedział. 
Przykład: osoba A rozmawia przez telefon, my potem chcemy się dowiedzieć, co dana osoba mówiła i słyszymy: Er sagte, er sei im Kino / Er sagt, er habe heute viel zu tun. 

Konjunktiv II stosujemy, kiedy sobie coś wyobrażamy, snujemy plany, chcielibyśmy, żeby coś się wydarzyło, a także w formach grzecznościowych. Rozróżniamy Konjunktiv II der Gegenwart (teraźniejszy) i der Vergangenheit (przeszły). 
Przykład: 
Hätte ich jetzt Ferien, so könnte ich in den Urlaub fahren.
Könntest du mir helfen?
Wären Sie so nett und...? 

Wszystko fajnie. Trudności zaczynają się przy Konjunktiv II der Vergangenheit.
Przykład: 
Ich hätte gesagt. 
Ich wäre geblieben. 
Ich wäre gegangen. 
Ich wäre nie auf den Gedanken gekommen.
Ich hätte dir geholfen. 
Du hättest mich anrufen sollen. 
Ich hätte nicht rauchen sollen. 
Er sagt, ich hätte nicht rauchen sollen. 
Er sagt, dass ich nicht hätte rauchen sollen. 
Ich hätte meine Haare gestern schneiden lassen sollen. 
Dreißig Bücher, die ich schon im April fürs Studium hätte gelesen haben sollen. 


Tak więc takie zabawy gramatyczne ostatnimi czasy uskuteczniam. Te wszystkie czasowniki.

Wczoraj Pan organizował spend, na który wraz z Kolegą byliśmy zaproszeni. Ot, takie zwyczajne, acz całkiem dorosłe, weekendowe spotkanie w gronie znajomych i nieznajomych Niemców. Kegeln. Dyscyplina, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Podobno to w żadnym wypadku to samo co kręgle. Nie wiem, jakiego polskiego odpowiednika tu użyć, więc posłużę się zapożyczeniem - kule, którymi gra się w Kegeln nie mają dziurek, za które się chwyta. Kręgli jest dziewięć, rzuca się pięć razy pod rząd, a punkty za każdy kolejny rzut sumuje się z poprzednim wynikiem. Wśród ogródków działkowych, mniejszych i większych domków jednorodzinnych i licznych sadzawek było sobie boisko, a przy nim knajpa. Dla lokalnej społeczności, dla sportowców, dla rodziców kibicującym swoim pociechom, dla zapaleńców oglądających mistrzostwa świata odziani w niemieckie barwy narodowe i dla tych co upijają się tanim, dużym piwskiem opowiadając sprośne żarciki otyłej kelnerce/barmance/właścicielce. To było trochę jak podróż w czasie. Jak w filmie, który leci późnym wieczorem w środku tygodnia w telewizji. Nieduża knajpa, stare, wytarte, drewniane stoły, skrzypiąca podłoga. W powietrzu unosił się delikatny zapach wilgoci przemieszany z zapachami dobiegającymi z kuchni. Kelnerka/barmanka/właścicielka znała wszystkich gości, ze wszystkimi serdecznie żartowała. U spodni miała przewieszoną ścierkę i buzia jej się nie zamykała. Debatowała z klientami, komentowała pod nosem, a to znowu kogoś wołała. Drzwi do kuchni były otwarte na oścież, tak że wszystko było widać. Bazylię w doniczce i te wszystkie sztuczne sosy w hurtowych ilościach zgromadzone na wielkim blaszanym stole na samym środku. Bardzo swojska atmosfera. 

Byliśmy oczywiście najmłodsi. Nasi znajomi mają wszyscy ok. 50 lat. Były nawet ich dzieci, ale i tak starsze od nas. Było to w gruncie rzeczy fascynujące spotkanie, bo mogłam sobie do woli podglądać, jak się bawi klasa średnia w średniej wielkości mieście w sobotę wieczorem. Wszyscy byli stąd, więc mówili też tutejszym akcentem. Z ustaleń Kolegi wynika, że nie był to akcent, tylko raczej niewyraźne artykułowanie, aczkolwiek wszyscy artykułowali jakoś tak samo niewyraźnie. Tak czy owak, nie mogłam ich zrozumieć. Co na samym początku wydało mi się bardzo przykre, bo zdążyłam już się przyzwyczaić do sytuacji, w których rozumiem konwersacje, ale nijak nie jestem w stanie się wtrącić i to nie dlatego, że nie wiem, jak to będzie, ale nie utożsamiam się z tym, o czym jest mowa, nie mogę sobie tego wyobrazić, nie kojarzę tego, nie znam tych realiów kulturowych. Dla przykładu: przy śniadaniu w którąś sobotę była beka z kolesia, który w MDR w weekend rano prowadził jakiś program. Nigdy w życiu nie oglądałam MDR, nie wiem, o jakim programie i o jakim prowadzącym jest mowa, a tak w ogóle to nawet nie mam telewizora. I nawet jeżeli wszystkich rozmówców zrozumiałam, to nijak nie mogę uczestniczyć, bo co też mogę powiedzieć? Oczywiście, że mogę zapytać i czasami to robię, ale czasami nie chcę też być wiecznie tą, która musi pytać, która nie wie, której wszystko trzeba tłumaczyć, tą, której imię pisze się "Goscha", a na moje sprostowane, że jednak s-i-a, bo - myślę sobie - wtrącę się do rozmowy!, umieszcza się je po prostu w nawiasach kwadratowych, że niby to zapis fonetyczny, hue, hue, hue! 

W tamtym konkretnym momencie, w tej swojskiej knajpie, zrobiło mi się niewyobrażalnie smutno, nie wiem nawet do końca dlaczego. Poczułam się wyobcowana, bo nawet jeżeli, jak mówię, już mnie to nie rusza, że bardzo często tak czy inaczej nie biorę udziału w konwersacjach, tak moment, kiedy tych konwersacji nawet nie rozumiałam, kiedy nawet nie mogłam się dobrze przysłuchiwać sprawił, że poczułam się jak natręt, który nie pasuje, po czym udałam się do toalety i popłakałam się. Też jak w filmach, no nie? Dobrze, że zupełnie zwyczajnie i bez powodu łzawią mi oczy, to mogłam potem mówić, że coś mi znowu wpadło do oka i chciałam sobie przemyć w toalecie, ale było tylko gorzej. Nie, nie płakałam. No naprawdę. Nie, nic się nie stało. 

Ale nie jestem przecież małym dzieckiem, więc z uśmiechem powróciłam do pozostałych i zaczęliśmy grać. Wszyscy bardzo pasjonowali się grą i głośno kibicowali. Aha, no i miałam najmniej punktów. Całe 103, jeśli dobrze pamiętam, podczas gdy inni mieli ok. 200 i grubo ponad.

Dwie godziny, na które tory były zarezerwowane szybko minęły, więc trzeba się było posilić i na stół wjechały tłuste frytki, hamburgery XXL i sznycle z jajkiem. Bleh. Oczami wyobraźni widziałam moje rewolucje żołądkowe, więc postanowiłam zrezygnować z doświadczenia posilania się w tej jakże uroczej speluniastej knajpce. 

W gruncie rzeczy i mimo wszystko był to miły wieczór. Taki raczej niepowtarzalny, bo jak często bywa się w takich miejscach? Jakie są szanse, że jeszcze kiedyś tam trafię? Ale będę pamiętać te kręgle i tą przemiłą panią kelnerkę/barmankę/właścicielkę. 

piątek, 11 lipca 2014

#551

Melody Gardot śpiewa
Ostatnio odkrywam siebie na nowo.
Kawałek po kawałeczku. Do tego stopnia, że zastanawiam się, co ja robiłam ze sobą (i ze swoim życiem) przez minione 23, bez mała, lata. 
Doszłam do wniosku, że ja w zasadzie nie lubię lata. Denerwuje mnie upał, to, że się człowiek męczy, a ubrania się kleją. W zasadzie późną jesień i zimę lubię najbardziej. Lubię też wczesną wiosnę, kiedy wszystko się tak pięknie rozbudza do życia. Nie lubię się opalać, moja skóra źle znosi słońce, nie podoba mi się wcale to, że włosy płowieją. Wolę marznąć zimą, malować się ciemnymi szminkami i mieć różowe policzki. 
Zmieniło mi się także podejście do wielu spraw. Myślę, że to w bardzo dużej części za sprawą Kolegi. 
Jak chcę to potrafię się zebrać rano w mniej niż godzinę uwzględniając prysznic i śniadanie, a zazwyczaj półtorej godziny to mało. Włosy są nieświeże dopiero na trzeci dzień, a ta koszulka wcale jeszcze nie jest brudna. Nawet jem teraz trochę inne rzeczy. Oliwki i mus śliwkowy. Croissanty i konfitura z truskawek. Suszone pomidory, pesto, żurawina. Sięgam po inne rzeczy w sklepie i okazuje się, że też są jadalne. Ziarna, suszone morele, porzeczki. Rano zawsze czarna kawa, dla niego koniecznie bez cukru. Włosy są najładniejsze jak same wyschną. Makijażu wcale nie trzeba rygorystycznie nakładać codziennie rano, szczególnie jeżeli w zasadzie nie mamy żadnych planów. Zwyczajność. 

"Deep within the corners of my mind" to taka ładna piosenka.

Dziś wieczorem idziemy do opery, która jest na świeżym powietrzu w dziedzińcu wielkiego, starego zamku i zaczyna się dopiero o 21.30. Pewnie musi być ciemno, bo będziemy oglądać Wampira.

środa, 9 lipca 2014

#550

Właśnie mniej więcej teraz odbywa się pożegnalne spotkanie grupy z hiszpańskiego, ale zdecydowałam się nie iść. Tak jakoś. Nie miałam za bardzo ochoty, a poza tym nie czułam się szczególnie zaproszona. Dołączyłam do tej grupy nieco później, bliżej znam raptem dwie dziewczyny, które się nie wybierają, a na dodatek nie umiem się za bardzo wysłowić po hiszpańsku. Zatem zostałam w domu i jestem online na Skype, jak to bardzo często bywa. 

Dzisiaj ostatecznie złożyłam dokumenty na studia. Teraz i mój wniosek muszą rozpatrzyć. Od teraz oficjalnie czekam na wyniki i mam nadzieję, że w połowie sierpnia dostanę miłą korespondencję. Jeżeli mnie przyjmą, to od października dalej będę tu studiować. Cieszyłabym się oczywiście niezmiernie, ale wtedy będę musiała pójść do pracy. Pracy pracy. Nie wakacyjnej, nie w przerwie semestralnej, nie czasami, nie na czarno u wujka w warsztacie. Będę studiować i pracować. 

Widzę przyszłość w barwnych kolorach. Dzisiaj sobie to uświadomiłam. Nie przejmuję się właściwie niczym, choć może powinnam. Żaden Zukunftsangst. Może powinnam się przejmować, że tej pracy nie znajdę albo że koszty samodzielnego życia tutaj całkowicie pochłoną mnie, moich rodziców i wszystkich nas razem, ale nie przejmuję się. Wiem, że będzie dobrze. Gdzieś znajdę te pieniądze na to kursowanie pociągiem w tę i z powrotem. 

Najważniejsze to zrobić ten jeden krok, nieprawda?
Tego też nauczył mnie po części przyjazd tutaj. Zewsząd słyszy się opowieści, jak to w Niemczech jest drogo, jak to ciężko, a to, a tamto. Przede wszystkim utyskiwania o pieniądze, wieczne przeliczanie euro na złotówki, a u nas... I jakoś dało się radę. Na niewyobrażalnie drogą Deutsche Bahn okazało się, że istnieją karty upoważniające do zniżki. Życie kosztuje w zasadzie tyle samo, co w Poznaniu. Kawa jest tańsza niż w Świno. Nie zmieniłam swojej diety ani przyzwyczajeń i nawet tym legendarnie drogim pociągiem podróżowałam - choć nie zawsze ku mojej uciesze - średnio raz w miesiącu. Słowem - nie ma tego złego.

I dokładnie z takim samym nastawieniem spoglądam teraz w przyszłość. 

Podglądałam dzisiaj Margheritę Maccapani Missoni w jej domu w Mediolanie na The Selby. Uwielbiam ostatnio oglądać wnętrza. To cudowne, tworzyć sobie swoją małą przestrzeń, układać własną mozaikę z małych elementów. Cały czas fantazjuję na temat własnego domu lub mieszkania. Jakie będzie i jak je urządzę. Ostatnio pomyślałam sobie też, że to miejsce na ziemi przecież gdzieś już jest - ten dom gdzieś już stoi. To mieszkanie, po którym będą biegały moje dzieci. Ten adres już istnieje. Miejsce, gdzie kiedyś wezmę ślub też już jest. Gdzie potem urządzę wesele. Teraz to tylko kwestia dowiedzieć się, gdzie to jest. 
W przyszłym semestrze chciałabym wynająć pusty, nieumeblowany pokój. Widziałam parę takich, przeglądając pewnego razu ogłoszenia od niechcenia. Puste pokoje są też zazwyczaj tańsze. Używane meble można kupić na miejscu za naprawdę nieduże pieniądze, a poza tym jest tutaj dużo sklepów-pchlich targów, gdzie co rusz widzę cudowne fotele lub szafki nocne. Zatem już widzę siebie w niedużym pokoju gdzieś niedaleko od centrum, który będę sobie stopniowo urządzać. Kwiatki, lampki, dywanik, materac, stolik, zdjęcia, obrazki, plakaty na ścianach... Ech, życie. 

wtorek, 1 lipca 2014

#549

Stanisław Ignacy Witkiewicz podpowiedział dzisiaj słowo - marazm
To słowo najlepiej oddawałoby mój stan przez kilka ostatnich dni. Posępny nastrój, za dużo skumulowanych myśli, brak rozmów, zbyt cicho i zbyt spokojnie, zbyt samotnie. 
Czy to nie paradoks, że teraz, kiedy wreszcie nie jestem sama w życiu, czuję się samotnie bardziej niż kiedykolwiek? Nie wiem, jaka jest przyczyna. A może wcale nie czuję się samotnie, może to nie o to chodzi. Bardziej chodzi o to, że się zamartwiam, rozmyślam, analizuję i prognozuję przyszłość. Znowu. I uprawiam czarnowidztwo. Wymyśliłam za dużo scenariuszy. W mojej głowie lipca w ogóle nie biorę pod uwagę, a przecież tyle jeszcze pięknych rzeczy może się zdarzyć i się zdarzy. Najgorszy jest ten moment pomiędzy, kiedy nic nie wiadomo. Kiedy nie można nic zaplanować. Kiedy tylko się gdyba i rozważa. Kiedy nic się jeszcze nie wydarzyło, ale i tak nie opuszcza nas ten nieznośny, posępny humor. Marazm. 
Dziś, wraz z pierwszym dniem lipca, postanawiam otrząsnąć się z marazmu. Pogoda mi chyba nawet przyklaskuje, bowiem wreszcie jest przyjemnie ciepło i świeci słońce. Świeci słońce! Nie leje co pięć minut! Nie wieje tak, że żałuję, że już zawiozłam moje futra do domu. 

Jest jeszcze parę rzeczy, które chcę zrobić w tym miesiącu. 
Pójść do Beatles-Museum. 
Zobaczyć obrazy Feiningera. 
Popływać łódką lub rowerem wodnym po rzece. 
Pójść do opery. 
Pójść na pchli targ. 
Pojechać nad jezioro. 
Skończyć w pięknym szaleństwie.

wtorek, 24 czerwca 2014

#548

Mam we wtorki tylko jedne zajęcia, ale nie poszłam na nie dzisiaj, bo się zaczytałam. 
Wstałam jak zwykle rano dużo wcześniej niż bym mogła, wstawiłam pranie, zrobiłam śniadanie, włączyłam muzykę i zaczęłam czytać książkę. I tak ją sobie czytałam, czekając aż pranie się skończy, nie zorientowawszy się, że jest już grubo po 11, czyli nawet nie zdążyłabym się wyszykować. 
Nic straconego. 
Te jedne zajęcia o 12:15 w środku dnia rozwalają mi cały dzień, bo rano pomiędzy śniadaniem a godziną, kiedy muszę wyjść, żeby zdążyć przeważnie nie zdążę już nic sensownego zrobić. Potem jest nagle około piętnastej, kiedy dotrę do domu, po obiedzie jest 16, i tak oto znowu nastaje popołudnie. Niby nic nie ma, a znowu zastaje mnie wieczór. 
Dlatego dzisiaj przysiądę może do tego referatu o Jedwabnym, wymyślę temat pracy zaliczeniowej, wymyślę temat prezentacji zaliczeniowej i zorganizuję się co nieco. Pranie już wstawiłam. Ubrania posortowane. Zioła podlane. By the way, okazuje się, że zioła ciągle wyrastają nowe. Myślałam, że jak już się raz je zetnie to koniec i trzeba kupić nowe, a tu ku mojemu zaskoczeniu one cały czas rosną. 
Przeprowadzam też zaawansowaną selekcję rzeczy, bo muszę ograniczyć ich ilość, żeby mieć jak najmniej bagażu, jak się będę stąd wyprowadzać. Najbardziej tyczy się do ubrań, ale nie tylko - muszę się pozbyć wszelkich kosmetyków, których nie używam - cieni do powiek, które się zbierają w załamaniu powieki, odżywki, która nie działa na moje włosy, szminki, która zjada się przy każdym łyku herbaty itp. To takie oczyszczające zajęcie - czuć się lżejszym o tych kilka rzeczy. Co z drugiej strony przypomina mi o zagrożeniu popadnięcia w nadmierny konsumpcjonizm, ale z tym akurat walczę. Przyjemności.