sobota, 8 listopada 2014

#565

Najistotniejszą rzeczą w oszczędzaniu pieniędzy tudzież rozsądnym ich wydawaniu jest nieekscytowanie się wypłatą lub, jak ja to mówię, nowymi pieniędzmi. Żadne jednorazowe rozpieszczanie typu dobre żarcie, kosmetyki, olejki do kąpieli, perfumy, buty do biegania, sweter z kaszmiru i tym podobne. Po prostu oszczędzamy dalej, myślimy bardziej w przyszłość. (Potem wydamy to wszystko na Paryż.)

Nie jestem zwolenniczką opatrywania wszystkiego etykietkami, zbytecznego kategoryzowania, ale minimalistyczny tryb życia faktycznie odbija się we wszystkich jego sferach. Są ludzie, którzy zwą się minimalistami, a z moich obserwacji blogosfery, różnorakiej prasy i nie tylko wynika, że są to głównie kobiety, które kupują sobie od zesrania białych t-shirtów, drogich jak zboże dżinsów, wyciętych szpilek, w których popierdalają zimą i twierdzą, że im nie zimno, wszystko jest obowiązkowo w 'klasycznych' barwach, czyli t-shirt jest biały, a dżinsy niebieskie, Jane Birkin latem. Są też ludzie, którzy te swoje jedne dżinsy naprawdę noszą przez okrągły rok, a nowa pora roku to wcale nie pretekst do kupowania nowych rzeczy. Dorwałem 5 lat temu wełniany szalik w delikatną kratę - noszę go każdego roku, jak tylko zrobi się chłodno. 

Ja jestem (chyba) minimalistką, bo wymusiła to na mnie sytuacja. Pomimo tego, że w tym roku przeprowadzając się miałam do dyspozycji dwa tylne siedzenia i bagażnik niedużej corsy moich rodziców, a to już dużo w porównaniu z zeszłym rokiem, kiedy to miałam do dyspozycji dwie walizki. Więc mam mało rzeczy, a więcej jeszcze nie zdążyłam nagromadzić. Przestałam nawet chomikować rzeczy, już nie twierdzę, że wszystko mi się przyda, nie drukuję tekstów, których nawet nie czytam, tylko po to, żeby móc lepiej popalić głupa na zajęciach - wówczas po prostu palę głupa i nie interesuje mnie jak głupi mam wyraz twarzy lub nie idę na dane zajęcia. 

I znajduję się w tym momencie życia, gdzie czuję, że podjęłam jakąś decyzję, coś sobie ułożyłam i próbuję sobie to życie dalej układać. I mam na uwadze mój stan konta i kurs walutowy i zastanawiam się, czy pójść do fryzjera, teatru czy pojechać do Drezna i nie muszę wybierać, ale nie kupuję sobie kompulsywnie kosmetyków typu cienie z Catrice, bo lekki brąz mi się podoba i pasuje, szczególnie teraz na zimę. Mam oczy szeroko otwarte, skręcam w coraz to nowe brukowane uliczki i rozglądam się, czy nie ma gdzieś wystawki, bo przydałoby mi się jeszcze kilka rzeczy. W końcu udało mi się upolować już całkiem sympatyczny stół i szafkę nocną, które mi się bardzo podobają. 

I nikt mi nic nie sprezentuje i nie mogę liczyć na żadną pomoc, w sensie nikt mi nie kupi wiadra białej farby do pomalowania pokoju, żeby mi trochę ulżyć. Jest jak jest i tak mi się podoba. Mój pokój wygląda trochę jak moje życie, takie składowisko, jeszcze nie kompletny ekosystem. 

I przychodzi moja współlokatorka i co rusz zagaduje mnie, czemu nie mam mebli i trochę tu pusto i że musiałabym sobie kupić jakieś meble.

Ja i moje życie. 
Moje dwa materace służące za łóżko. 
Moja mała lampka, bo dużo światła mnie denerwuje. 
Krzesło ukradzione z kuchni. 
Ubrania na wieszaku. 
Jeszcze parę rzeczy. 
Kawałek po kawałeczku. 

I nie ma w tym nic hipsterskiego ani nic minimalistycznego. Owszem jest to pewien minimalizm, bo teoretycznie byłabym w stanie się spakować i przeprowadzić w pojedynkę w ok. pół godziny, więc ma to swoje plusy, ale na pewno nie jest to nadęty minimalizm pod tytułem - białe meble z Ikei lub innego źródła i skrzynki po winie z francuskimi napisami stylizowane na stare, które w rzeczywistości kosztowały ciężkie pieniądze, bo, kurwa, shabby chic. 
Powiedziałabym bardziej, że tak się życie zaczyna. I nie jestem bohaterką, dlatego, że nie mam łóżka, bardziej chodzi mi o samodzielność, o świadome decyzje, o prace dorywcze, rozmowy kwalifikacyjne i How to cut your own hair at home na YouTube. 

Minimalizm znajduje swoje odbicie także w jedzeniu, bo niewiele potrzeba, by być sytym. Mus śliwkowy i pieczywo, do tego kawa z mlekiem na śniadanie. Ciastka owsiane w międzyczasie. Obiad - różnoraki. Kolacja. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale chyba od dziecka moja ulubiona potrawa to chleb z masłem, dlatego czasem i to robi za śniadanie, szczególnie z bagietką. Masło z czosnkiem i ziołami. Kasza z mięsem i sosem. Turecka pizza z mięsem mielonym. Pychota! 

Z okazji minimalizmu upiekłam dzisiaj babeczki z masłem orzechowym. 
Dokładnie tak. "Ja" jestem podmiotem w zdaniu "upiekłam", babeczki to dopełnienie. Fiu, fiu. 

P.S. Niektórzy wtykają sobie książki między rury grzewcze i też dobrze. I to ja nie mam mebli?
źródło: Tumblr

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

<3