poniedziałek, 10 listopada 2014

#566; Sosik

Listopad to piękny miesiąc.
Nie (tylko) dlatego, że mam urodziny. To zawsze definitywna jesień, już nie jest ciepło, a jeszcze nie pada śnieg. Nikt nie usiłuje na siłę zmusić mnie do świętowania Halloween, powoli widać Mikołaje i inne zbędne pierdoły. Samo słowo listopad ładnie brzmi. Mniej więcej w listopadzie orientuję się zawsze, że znowu przeleciał cały rok, ale nie jestem typem osób, które uskuteczniają postanowienia noworoczne, tak więc nie mam poczucia straconego roku, niedotrzymanych obietnic itp. Daleka jestem od podsumowań i analiz, choć często snuję refleksje.

A skoro już powiewa lekko cytatami z Tumblr i z Pinteresta (patrz: Hello November i te sprawy), to dorzucę jeszcze, że w ostatnich dniach przyświeca mi motto "dlaczego nie?"

Ekscytuję się zawsze i jestem bardzo rozradowana, kiedy natrafię na brownie, chleb bananowy, ciasto marchewkowe i inne tego typu wypieki w kawiarni. Och, jaka radość. Jak cudownie kupić sobie kawałek brownie z hipsterskiej budki w Lipsku czy gdzieś indziej. Ach, jakiż smak!

Dlaczego nie robię tego sama w domu? Przecież - a mówię to z czysto laickiego punktu widzenia - chleb bananowy to nic skomplikowanego, podobnie jak ciasto marchewkowe. A ciastka owsiane? Chleb pełnozbożowy? Dlatego aktualnie tej pięknej tegorocznej jesieni powzięłam zamiar spróbowania kilku rzeczy. Może na dobry początek nauczę się samodzielnie odpalać piekarnik. Taka inwestycja na przyszłość, choć niematerialna, chodzi o umiejętności.
Jak będę potem dzieciom torty piekła? A bagietki na śniadania w weekend? Ciasta na święta?

Tak samo mięso.
Moja bodaj ulubiona potrawa na świecie to sos, o ile w ogóle można powiedzieć, że jest to samodzielna potrawa. Tak czy owak, sosik jest tym, za czym najbardziej tęsknię. Bo generalnie tęsknię za jedzeniem. Nie mogę przeboleć, że w te wakacji z okazji wiązań międzyszczękowych musiałam się obejść smakiem przy wszystkich pysznościach, no chyba, żeby zmiksowane, możliwie tłuste i sycące zupy typu żurek nazwać rarytasem. Już dawno nie zjadłam mojego ulubionego dania, a jest to chyba kasza z sosikiem z wołowiną. Postanowiłam ostatnio zaprzyjaźnić się bliżej ze stoiskiem mięsnym w Edece. Nie wiedziałam, jak co się nazywa, ale chciałam otrzymać ten przepyszny, idealny w konsystencji brązowy sosik. Kupiłam 200g wieprzowiny, gotowanie zajęło mi więcej czasu niż myślałam, w międzyczasie kilka razy nie wiedziałam, co dalej i w końcu po około godzinie uzyskałam szarobury sos, bo okazało się, że na brązowy sos kupiłam nieodpowiednie mięso. No ale nie kolor jest najważniejszy. Smakowało (prawie) jak w domu. Zawsze to jakkolwiek swojskie jedzenie.

Tak więc szkolę się. W planach marmolada, mus i konfitury. Akurat odpowiednia pora roku na tego typu poczynania.

Brak komentarzy: