poniedziałek, 15 grudnia 2014

#567; Glühwein

Im dłużej się nie pisze, tym później trudniej jest zacząć, bo systematyczne zaglądanie tutaj traktuję jako wyznacznik stanu uporządkowania mojego życia. Chociaż ostatnimi czasy coraz mniej. Nie katuję się rozmyślaniami, jak nieuporządkowane jest moje życie, bo mam niepoukładane ubrania, wiecznie pełny kosz na brudną bieliznę i zalegające rzeczy w pokoju, które już dawno powinnam była wynieść do piwnicy. Co z tego. Mimo wszystko można schludnie wyglądać, być przygotowanym do zajęć, sprawnym intelektualnie i w dobrym humorze. Nie jest to tutaj uwielbienie bałaganu, Chujowa Pani Domu i tak dalej, ale nie można dać się zwariować - niepoukładane ubrania, traktowanie krzesła jako szafy lub dodatkowego mebla, np. regału to tylko małostki. Mało istotne detale.

fot. Thomas Zieger

W tym roku sprzedaję Glühwein na Weihnachtsmarktcie. Ot, radosna dorywcza praca, do której zgłoszenie wysłałam trochę na zasadzie "fajnie by było", a trochę dla beki. Tak więc stoję co weekend na mrozie, odmarzają mi paluszki i poliki. Pamiętam, że rok temu byłam zachwycona atmosferą i dekoracjami na Weihnachtsmarktcie. Te detale, te ozdoby nawet na dachach, lampki, łańcuchy, świeczki i zapach cynamonu. W tym roku diametralnie zmieniłam zdanie i doszłam do wniosku, że to wszystko nawet nie jest ładne, to po prostu kiczowate. Przede wszystkim okazja dla zarobku dla wielu ludzi, którzy na co dzień parają się sprzedażą najróżniejszych wyrobów i produktów, przez okrągły rok systematycznie wypełniają masę dokumentów ubiegając się o pozwolenie na wystawienie swojej budy i w grudniu, gdzie przy najsroższych temperaturach gotowi są pracować po 15 godzin dziennie, bo to dobry interes. No i oczywiście pobrali kredyty. Może to też dlatego, że miałam okazję przyjrzeć się tym budom za dnia, w świetle dziennym, przy zachmurzonym niebie - wtedy szczególnie widać, że to po prostu drewniane buty z laminatem na podłodze. Taki Glühwein polewa się z 60-litrowych kanistrów, wszystko kupuje się hurtem w wielkopowierzchniowych sklepach. Wszystkie te ozdoby nie są wcale ręcznie wykonane, tego nikt nie dzierga na drutach, po prostu można kupić jakiś kosz z plastikowymi owocami, następnie grubego Mikołaja rozsadzonego w swoich saniach i zamontować to wszystko na dachu. Są jeszcze lampki? Dawaj! I gwiazdy betlejemskie? Też dobrze!

Poza tym ta muzyka mnie dobija. Wiecznie te same piosenki. I może nie byłoby jeszcze najgorzej, gdyby leciały w kółko naprawdę same standardy. Najgorsze są te wszelkiego rodzaju przeróbki. Te alternatywy dla tych standardów. Te nowoczesne, popowe piosenki traktujące o świętach, christmas morning, bla bla.

Ale to jak najbardziej pozytywne doświadczenie.
Ciąg dalszy nastąpi.

Brak komentarzy: