środa, 25 lutego 2015

#572; Wychowywanie dzieci po niemiecku

Nie mam dzieci, tym bardziej nie mam niemieckich dzieci, nie znam nawet rodziców Niemców i rodziców wychowujących dzieci w Niemczech, dlatego wszystko poniższe to czyste obserwacje.

Odbywamy z Julianem bajeczną podróż miłym pociągiem UBB. Jedziemy w kierunku Züssow. Jak dla mnie jest całkiem ładnie. Podróżuję najczęściej tym o siedemnastej, dlatego po drodze można obserwować powolny zachód słońca, ładne domki, zadbane ogródki, zalew, okazjonalnie zwierzęta i kosze plażowe poupychane na tyłach domu. Jest czym nacieszyć oko, pociąg zatrzymuje się na każdej stacji, czas płynie powolnie. Julian ma zgoła inną perspektywę, być może dlatego, że pochodzi z większego miasta, dlatego ciśnie bekę z naszego miłego pociągu i ogarnia go frustracja, bowiem pociąg jest po to, żeby szybko jechał i jak najszybciej dowiózł jego pasażerów z miejsca A do miejsca B, nie po to by musieć zwiedzać pustynię, jaką przecież jest Mecklenburg-Vorpommern. 

Jedną z moich rozrywek jest podsłuchiwanie ludzi. W ogóle różne skomplikowane procesy myślowe zachodzą w mojej głowie, ilekroć jadę tym pociągiem. Wsiadam w Świnoujście Centrum, ktoś mnie odprowadził, walizka jak zawsze nieprzyzwoicie ciężka. Dwie minuty i jesteśmy w Niemczech. Już raz przetestowałam i wiem, że zasięg z Plusa utrzymuje się nawet do pół godziny od granicy, ale przekładam kartę. Czasami przyjdzie jakiś spóźniony, samotny sms sprzed tygodnia, jakaś oferta z promocyjną taryfą obowiązującą w całej Unii. Zaczynam jeść wszystko, co spakowałam sobie na drogę, taki nawyk, który mi pozostał z najmłodszych lat. Przyglądam się ludziom i przez tych kilka pierwszych minut uderza mnie wiele różnic. Choćby w wyglądzie. Sposobie ubierania się. Samo zachowanie się w sytuacji pod tytułem podróż pociągiem. 

Jesteśmy w Heringsdorfie i odtąd pociąg jedzie w przeciwnym kierunku. Przesiadam się, bo nie lubię jeździć tyłem. Mam resztki choroby lokomocyjnej, też pamiątka z dzieciństwa. Wsiadają dwie kobiety z łącznie czwórką dzieci. Harmider. Są tylko cztery miejsca, dlatego w pierwszej kolejności siadają dzieciaki, jednego z nich jedna z mam bierze na kolana. Druga pani mama stoi i być może dlatego bardzo dobrze słyszę wszystko, co mówi, a są to same rozkazy. Odkąd tylko pociąg ruszył, padają same polecenia. Sitzen bleiben naprzemiennie z Bleib sitzen! artykułowane w różnych częstotliwościach, od głośnego szeptu po podniesiony głos. 
Strofowanie. Dziecko ma siedzieć i się nie ruszać. Nawet się nie wiercić. Nie można pobawić się nawet z innymi dzieciakami, trzeba siedzieć. Bez ruchu. Statecznie. Nie można być małym dzieckiem, trzeba być małym dorosłym. Trzeba zachować wszelką ostrożność, bo jeszcze się ubrudzimy, przewrócimy, zrobimy sobie krzywdę, musimy uważać. Musimy dać wpasować się w ten nudny, powściągliwy szablon, nawet jeżeli mamy lat tylko dwa. To nic. Jako szanujący się pasażer pociągu regionalnego kolei niemieckiej, winno się czytać dzisiejsze wydanie Frankfurter Allgemeine i co jakiś czas spoglądać na zegarek, by kontrolować tempo pociągu i czy czasami nie mamy opóźnienia. Oczywiście, może pociąg to nie najlepsze miejsca, by uskuteczniać zabawy ruchowe, typu berek, ale zawsze można obejrzeć książkę. Z dzieckiem można, jak mi się wydaje, zawsze porozmawiać. Można się gapić przez to okno i rozmawiać o tym, co się widzi. "O, a to co? Krówka?" Czy nie mam racji?

Z drugiej strony obserwuję też ludzi, którzy rozmawiają ze swoimi dziećmi jakby wiecznie byli małymi bobasami, właśnie na zasadzie co to-krówka, a to też mnie lekko bodzi. Dzieci to też ludzie, myślę sobie. Oczywiście nie musisz z nim rozmawiać o nagrodzie Nobla z ekonomii, ale można prowadzić (a przynajmniej próbować prowadzić) całkiem normalne konwersacje. Od pewnego wieku, oczywiście. 
Tak więc obserwacje we wspomnianym pociągu regionalnym utwierdziły mnie w przekonaniu, że małe dzieci są po to, żeby siedzieć i się nie ruszać. Ewentualnie mogą jeszcze usiąść - Setz dich hin! 
A to ci heca! 

Nawet dzisiaj w to piękne, pierwsze tak naprawdę wiosenne popołudnie w Halle, mknę sobie rowerkiem i nagle zatrzymuję się na światłach. Obok mnie jakaś brzydka pani z małym dzieckiem opakowanym w kombinezon narciarski. Zmierzali dokądś żwawym krokiem i, tak jak ja, przystanęli nagle na czerwonym. Dziecko lekko się wyrywało. Nie tak zaraz-rzucę-się-pod-samochód histerycznie, tylko tak bardziej dla zabawy, żeby się podroczyć. Matka jednakowoż, zaczęła strzelać do niego krótkimi rozkazami typu "stój", "nie ruszaj się", "czekamy", "Stopp!", "Halt!" i inne rozmaite. 

Czy bycie matką oznacza wieczną frustrację, czy o co chodzi? Nie można się cieszyć? Nie można ze wszystkiego uczynić zabawy? Obejrzeć książeczki? Zabawa pod tytułem "Stanie na światłach i czekanie na zielone"?  
W tych dwóch konkretnych przypadkach nie słyszałam, żeby matka mówiła do swojego dziecka "proszę". 
Usiądź, proszę. 
Nie wierć się, proszę. 
Siedź, proszę, spokojnie. 
Same rozkazy. Wtłaczanie w formę. Upupianie. 

Przez resztę podróży towarzyszyła mi (nam) wspaniała myśl. Zazdroszczę moim dzieciom. Będą miały zajebiście. 

Brak komentarzy: