poniedziałek, 2 marca 2015

#573

Głupi ten luty, zawsze mnie oszukuje. Trwa sobie i trwa, aż tu nagle pod koniec miesiąca, kiedy jestem przekonana, że mam jeszcze troszkę czasu, jeszcze kilka dni na zrobienie przelewów i dopięcie formalności, kończy się, a po weekendzie nastaje zaraz marzec. I to jeszcze drugi. Drugiego marca.

Chciałabym poprosić o fanfary, albowiem moje życie dorosłe właśnie się zaczęło tak naprawdę, albowiem nic nie definiuje dorosłości, moim zdaniem, tak dosadnie jak to, iż zarabia się na siebie. Na siebie samego. Otrzymuję trzycyfrowy przelew na konto w walucie europejskiej i nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, iż nadawcą nie są moi rodzice. Nie to samo nazwisko. Żadne stypendium, uniwersytet ani fundacja. Firma. Miodzio.
O przeinstalowaniu myślenia świadczy też fakt, iż nie poczułam ekscytacji nagłym przypływem gotówki i poszłam wszystko rozpieprzyć na pstrokate bluzeczki i szaliczki, których przecież nie potrzebuję. Chciałam kupić sobie dżinsy, bo w końcu nie ma jak stare, dobre, zwyczajne dżinsy, które po prostu wsadzasz na dupę i się niczym nie martwić, ale uznałam, że ceny 40-50€ za parę skinny fit high waist dżins to przesada. Kupiłam sobie bilet na pociąg na wycieczkę i skarpetki w sklepie biologicznym. Pewnie mi się bardziej przydadzą niż bluzeczka z nadrukowanymi serduszkami lub kotwicami, która mi wpadła w oko.

Dzisiaj jestem dorosłą bizneswoman, pracuję na mieście, jeżdżę rowerem, wożę mój laptop ze sobą i piszę dorywczo pracę semestralną z fonetyki. Dziękuję bardzo. Przypomniało mi się, jak bardzo spodobało mi się to miasto rok temu, właśnie mniej więcej w takim stanie, jak teraz. Ach, to ty.

Brak komentarzy: